Najnowsze w Infoship
Brakuje najnowszych.

Z fotela pilota – o tym, co ma autokar do poduszek

infobus
04.05.2004 21:26

Szanowni Czytelnicy.

Serdecznie zapraszam do nowej stałej rubryki w InfoBusie, gdzie zamieszczamy felietony pilotów autobusów. Tak, tak – pilotów autobusów, nie pomyliliście się. To chyba najbardziej zapomniana i niezauważana grupa na autobusowym forum. Postanowiliśmy to nadrobić, gdyż pilot w autobusie pełni funkcję "drugiego po Bogu" (pierwszy jest kierowca) i od niego zależy, czy wycieczka szybko i bezpiecznie dotrze na miejsce przeznaczenia, czy też zgubi się na jakiejś lokalnej drodze, a rozkrzyczani i pomstujący pasażerowie spowodują nerwową jazdę kierowcy. Chcemy poznać od podszewki ten – również autobusowy – zawód i dlatego zachęcamy Was, pilotów wycieczek autobusowych, do przesyłania na nasz adres ( [email protected] ) swoich historii widzianych z fotela pilota. Czekamy na Wasze opinie dotyczące funkcjonalności miejsca pilota w poszczególnych autobusach, opowieści o co bardziej interesujących pasażerach, opisów niesamowitych miejsc odwiedzonych podczas podróży lub po prostu relacji z codziennej, mrówczej pracy.

Naszym felietonistą w tej rubryce jest Patrycja Kłos – pilotka wycieczek autobusowych, osoba zakochana w autobusach od pierwszego spojrzenia. Zapraszamy do lektury jej opowieści z autobusowego szlaku.

O tym, co ma autokar do poduszek.

Z daleka było widać światła, znaki kierujące pojazdy na właściwy pas – Olszyna. Nareszcie Olszyna, nareszcie granica. Jest okazja do rozbudzenia, tyle że na dworze.. brrr zima, śnieg. Niespecjalnie byłam z tego faktu zadowolona, ale co począć. Takie życie pilota. W perspektywie przerwa świąteczna, Wigilia, czas na chwilkę odpoczynku. Atmosfera -wiadomo. Ludzie wracali do domów, mieliśmy komplet. Szkoda, że atmosfera świąteczna nie udzieliła się też Straży Granicznej, hmmm, a może właśnie im się udzieliła..?

Stanęliśmy na końcu długiego ogonka autokarów, od razu zaczęliśmy obstawiać „o której zjedziemy”. Były to zakłady, w których oprócz wygranej pieniężnej dla zwycięzcy (serio, serio – najwięcej 3 euro), była nagroda i dla przegranego- „robił granicę”, czyli załatwiał wszystkie formalności. Taka rozrywka obsługi autokarów liniowych, przynajmniej niektórych. Sytuacja nie wyglądała najlepiej. Wersja optymistyczna brzmiała: 3 godziny, wersja pesymistyczna (za to naturalnie bliższa rzeczywistości) brzmiała: 4 godziny.

Po pięciu godzinach strażnik wreszcie otworzył przed nami bramkę. W tzw. „międzyczasie” zrobiło się jasno.

Jeden szczęściarz na cały autokar – to śpiący kierowca. Arek – naczelny śpioch – położył się na granicy, a wstał na przystanku zaraz za Olszyną. Popłakałam się ze śmiechu widząc jego zdziwioną minę, kiedy wyszedł z apartamentu, przekonany, że jesteśmy już znacznie dalej. Pytał, jeszcze z sypialni: ” Gdzie jesteśmy?” „Ooo mój drogi zmienniku, na granicy” – śmiał się Marecki. „Hahahahaha, bardzo śmieszne Mareczku” – Arek mu wcale nie wierzył. „Nie Mareczku, my poważnie – zapytaj zresztą Pati jak chcesz.” „Wypuszczacie mnie i tyle, zresztą już idę.” Tak, tak zrób to – wyjdź i się rozglądnij” – Marecki na to. I Arek się przekonał.

Ale nie na takim spóźnieniu miało się skończyć. O nie! Wyjechaliśmy z parkingu (gdzie mieliśmy przewidzianą przerwę – teraz ekspresową) i po paru metrach tył autokaru nagle dziwnie się obniżył i zamiast miękko – tłukł się, jak żelazne pudełko po pięknej polskiej „drodze”. Koledzy orzekli szybciutko: „Aa!! To poduchy poszły!” (czyli, że spadły sztangielki czy coś.) – stwierdził Arek. „Uhm” – potwierdziłam (jakbym wiedziała, o co im niby dokładnie chodzi i z czym to się je.) „Musimy znaleźć jakiś warsztat, sami nie damy rady tego naprawić” – kontynuował kolega Arek. Zaraz wyjaśnił mi dokładnie, na czym ów problem polega, bo wiedział, że się interesuję i chcę wiedzieć, i wiedzieć powinnam.

No i pięknie. Z zawrotną prędkością 10 km/godz. w porywach do 20 km/godz. jechaliśmy do Żar w poszukiwaniu ratunku. Pierwszy napotkany warsztat okazał się zamknięty dla nas. Jedyne, co uzyskaliśmy, to informację, gdzie się udać z tym fantem. Strata czasu…lepiej nie mówić. Co natomiast było miłym zaskoczeniem – to fakt, jak spokojnie sytuację przyjęli pasażerowie. Podejrzewam, że gdyby nie to, że wracali do domów na Wigilię, sprawa miałaby się inaczej.

Warsztat numer dwa nas przyjął. Dokonano naprawy. Chciałam wyjść z autokaru, rozejrzeć się, zadzwonić, załatwić fakturę i.wpadłam po kolana w śnieg! Baaajka! Po naprawie wróciliśmy na „główny szlak” i żeby już wszystko było jasne – natychmiast natknęliśmy się na wypadek. Niegroźny, tyle że znów nas opóźniał, jakby było jeszcze mało. Sami nie wiedzieliśmy – śmiać się czy płakać.

Szef wynajął autokar, który wyjechał nam naprzeciw (akurat się złożyło, że nasz miał od razu wracać). Spotkaliśmy się po drodze, nastąpiła wymiana pasażerów, załogi – my poszliśmy do wynajmu, oni do nas i rozpoczęliśmy 150-ty etap podróży. Zakończyła się ona dla mnie ok. 20.30 w domu, a planowy przyjazd do Katowic mieliśmy mieć ok. 9.00-9.30.

Dlaczego zawsze tak jest? Złośliwość przedmiotów martwych nie zna granic. Nie dość, że mieliśmy opóźnienie spowodowane dużą liczbą autokarów na przejściu granicznym – co jest raczej logiczne i oczywiste w obliczu Świąt – to jeszcze te poduszki. No i dodatkowe urozmaicenie w postaci śniegu. „Nie bądźmy pesymistami” – stwierdził Arek – Na przykład nareszcie mogłaś zobaczyć drogę Olszyna – Wrocław przez Żary, w świetle dziennym.”