Warszawska autostrada do Europy
Przez ślamazarność urzędników Warszawa może czekać na autostradę nawet dłużej niż do 2010 r. Ministerstwo Transportu odkłada wybór wykonawcy, a przetarg od roku jest właściwie w punkcie wyjścia –komentuje “Gazeta Wyborcza”. To, że stolica nie dorobiła się jeszcze dostępu do autostrady, jest ogromnym zaniedbaniem wszystkich kolejnych rządów. Brak tej trasy – a ma być najbardziej ruchliwa w kraju – nie tylko kompromituje Polskę na forum międzynarodowym. To także duży dyskomfort dla wszystkich, którzy wybierają się do nas w interesach albo jako turyści. I koszmar korków, w których warszawiacy tracą czas, żeby wydostać się z miasta na weekend czy na wakacje. Dziś jazda jednojezdniową szosą na Poznań, gdzie co rusz natykamy się na przydrożne krzyże powypadkowe, to groza. Poznań, Wrocław, Szczecin, Kraków, a ostatnio Łódź – te miasta już nie tylko geograficznie są bliżej Europy od stolicy. One wszystkie mają autostrady. Podczas kampanii wyborczej w ratuszu u Kazimierza Marcinkiewicza PiS-owskiemu ministrowi transportu łatwo przyszło obiecywać, że do Warszawy autostradę doprowadzi w trzy lata. Przeczy temu jednak to, co Jerzy Polaczek zrobił, a raczej zaniedbał przez rok urzędowania. To już nie tylko spóźniający się przetarg autostrady do Warszawy, ale też brak faktycznych rozstrzygnięć w sprawie kluczowych autostrad A1 z Torunia do Grudziądza czy A2 z Nowego Tomyśla w Wielkopolsce do granicy z Niemcami. Wygląda na to, że minister Polaczek świetnie się odnalazł w koleinach wytyczonych przez swego wielkiego poprzedniego Marka Pola: dużo mówić, niewiele robić, a ludzie i tak jakoś dojadą. Z wyjątkiem tych, po których stoją już tylko krzyże.