TRAKTORIADA – pierwsza polska wyprawa traktorem do Ameryki Południowej – raport nr 6
Docieramy do Rezerwatu Fauny Andyjskiej im. Aduardo Avaroa. Dzięki listowi
żelaznemu dyrektora rezerwatu przepuszczają nas bez opłaty przez punkt kontrolny.
Zasuwamy teraz przez piaszczystą równinę otoczoną przez dziwnie ukształtowane
erozją formy skalne. Jedna z nich zasługuje na szczególną uwagę: to Arbol de
Piedra, czyli "kamienne drzewo" o wysokości ok. 5 m. Z drzewem ma
tyle wspólnego, że przypomina je wyglądem. U dołu cienka podstawa, rozszerzająca
się ku górze w szeroką koronę.
Piasku jest coraz więcej, niczym na plaży. Tylko morza nie widać. Jak to dobrze,
czasem sobie myślę, że nie przyjechaliśmy tu ciężarówką. Na bank co kawałek
grzęźlibyśmy w piachu, pokonując te kilkanaście kilometrów w chyba kilka dni.
Już po zmierzchu mijamy kilka lagun. Przy jednej, tuż nad płaskim brzegiem,
postanawiamy przenocować. Ku naszemu zdziwieniu jezioro z pozoru tylko je przypominało.
Gdyby miało wodę można by je i tak nazwać. Spękane, wysuszone jasne dno byłego
jeziora z daleka sprawiało wrażenie tafli wody. Teraz nasze jeziorko stało się
wielkim polem kempingowym z idealnie płaską powierzchnią. Wcześniej sprawdziliśmy
oczywiście grunt czy nie jest aby podmokły, grząski czy niestabilny.
Następnego ranka stwierdzamy, że w baku już pusto. Tankujemy trzy kanistry,
które mieliśmy w zapasie, czyli 60 litrów paliwa. Powinno starczyć na kolejne
200 kilometrów, czyli akurat w sam raz, żeby dojechać do najbliższej "stacji"
paliw, gdzie możemy liczyć na dosłownie kilka wiader oleju napędowego. Przed
nami jeszcze ok. 100 kilometrowa przeprawa przez góry i jedno z pomniejszych
solnisk. Później już tylko Salar de Uyuni i będziemy w domu. Przejeżdżamy obok
jednego z aktywnych wulkanów – Ollague. Z jego wierzchołka snuje się cieniutka
chmurka dymu. Na krótko znów gubimy szlak… Po południu pierwsza od dłuższego
czasu wioska, posterunek wojskowy, rutynowa kontrola. Otwarta przestrzeń i nasze
nieszczęsne 25 km/h…
W miejscowości San Juan spotykamy grupę turystów, którzy
zatrzymali się tu na noc. Nagle słyszymy, że ktoś odzywa się do nas po polsku.
O dziwo nie Polak – Thomas z Niemiec studiujący do niedawna w Krakowie. Ciężko
w tych stronach spotkać Polaka, a z cudem graniczy natknąć się na obcokrajowca
znającego naszą mowę i do tego tak perfekcyjnie. Na noc zatrzymujemy się w Kolcha
K u rodziny Ivana, zaprzyjaźnionego przewodnika. Wioska ta znana jest w Boliwii
m.in. z obozu dla więźniów politycznych.
Może nie powinienem o tym wspominać, ale mimo swojej małej prędkości nasz traktor
zdążył uciec przed właścicielem zerwanych przed chwilą przewodów instalacji
elektrycznej, masztem od naszego biało-czerwonego proporca. Zresztą, dlaczego
te kable tak nisko wisiały???
Powoli kończy się już czas pobytu Wojtka w Ameryce – czas myśleć o powrocie
do Polski… Nadchodzi zatem ostatni dzień naszego wspólnego rajdu traktorem.
Za kilka dni Wojtek ma samolot z Buenos Aires. Czasu mało a dystans do lotniska
to prawie 3000 km. Trzeba się spieszyć. Wstajemy o 4 rano. Około godziny jazdy
dzieli nas jeszcze od wjazdu na Salar de Uyuni. Chcemy załapać się na wschód
słońca, punktualnie o 6 rano. I udaje się. Jest niesamowicie. Pierwsze promienie
dają długi cień wszystkich przedmiotów znajdujących się ponad bezkresną taflą
soli. Heksagonalne formy ukształtowane przez słońce i wiatr są teraz szczególnie
dobrze wyraźne. W późniejszych godzinach to tylko biała rażąca tafla niczym
śnieg w bezchmurną pogodę. Przed opuszczeniem solniska zatrzymujemy się tylko
przy malowniczych kopcach solnych – montones de sal – przygotowanej w ten sposób
soli do załadowania na ciężarówki.
Do Uyuni docieramy przed 11.00. Niestety, po południu nie ma żadnych autobusów
ani żadnego innego środka transportu w kierunku granicy z Argentyną. Wojtek
musi czekać do jutra. Samolot czekać nie będzie, a zostało mu tylko 2,5 dnia
na dotarcie do Buenos. W końcu udało się i Wojtek opuścił definitywnie pokład
Traktoriady. Cóż, zostaje skombinowanie sztywnego holu, no i oczywiście znalezienie
kogokolwiek, kto zechciałby pokierować traktor czy holowaną ciężarówkę aż do
La Paz, czyli jakieś 650 km przez solnisko, góry i wyboiste szutrowe drogi….
O tym, czy to się udało już w następnym odcinku…
* * *
InfoBus jest patronem medialnym pierwszej polskiej wyprawy traktorem po krajach
Ameryki Południowej. Będziemy w comiesięcznych odcinkach informować o wydarzeniach
na trasie tej historycznej eskapady. Oczywiście nie doszła ona by to skutku
gdyby nie sponsorzy. Jednym z nich jest firma Groeneveld Polska, która zainstalowała
w pojeździe serwisowym wyprawy , stosowany również w i eksploatowanych w Polsce. Jego parametry techniczne i użytkowe zyskały
zaufanie wielu firm przewozowych, dystrybucyjnych oraz jednostek ,
czy . Jesteśmy bardzo ciekawi jak to urządzenie poradzi sobie
w skrajnie trudnych warunkach panujących na trasie TRAKTORIADY. I to jest jeden
z powodów objęcia patronatu medialnego nad tą wyprawą. Drugim – to chęć pokazania
firmom z branży autobusowej, że istnieją również takie formy promocji, dzięki
którym można sprawdzić własne produkty w ekstremalnych sytuacjach, a przy okazji
spełnić czyjeś marzenia.
Z życzeniami udanej wyprawy i wielu niezapomnianych wrażeń
Aleksander Kierecki
Więcej informacji o ofercie firmy Groeneveld Polska można
uzyskać na stronie www.groeneveld-groep.com.
Natomiast pełne dane na temat wyprawy Traktoriada 2002: zdjęcia, filmy, relacje
z poszczególnych dni i wiele innych ciekawostek zawiera strona www.traktoriada.icpnet.pl.