TRAKTORIADA – pierwsza polska wyprawa traktorem do Ameryki Południowej – raport nr 15
Następnego dnia wybieram się z kolejnym napotkanym rodakiem, Raulem Brodkiewiczem, synem polskiego emigranta na objazd jego posiadłości w Monte Rico. Ojciec Raula, Mieczysław, przypłynął za chlebem do Argentyny w 1934 r. Początkowo pracował jako geolog poszukując złóż metali i kamieni szlachetnych. Za zarobione w ten sposób pieniądze zakupił w 1945 r. ziemię w Monte Rico, łącznie 670 ha i zaczął uprawiać winorośl. Ożenił się z Argentynką. Raul przejął gospodarkę. Uprawia obecnie tytoń i fasolę. Poza tym jest architektem i pracuje dla urzędu miejskiego w Perico. Kiedy powiedział, że ma tylko 7 ciągników, do tego mocno wyeksploatowanych, a w warunkach ciągłych upałów wiecznie się przegrzewających, spytałem, jak jest w stanie całą swoją ziemię nimi obrobić. W odpowiedzi usłyszałem, że maszyny pracują w polu 24 godziny na dobę, a pracownicy mają przerwę obiadową od 12 do 14, natomiast w czasie największych upałów przekraczających nierzadko +40 o C, przerwę wydłuża do 18. Mówi, że wtedy w nocy jest czym oddychać i ludziom chce się pracować. Obecnie zatrudnionych ma dwóch administratorów oraz 50 robotników, a w czasie zbiorów przeszło 100.
Po południu odwiedzamy fabrykę obróbki tytoniu i produkcji papierosów, będącą własnością działającego już od 30 lat Zrzeszenia Producentów Tytoniu Prowincji Jujuy – Cooperativa de Tabacaleros de Jujuy . Raul jest jednym z 800 takich producentów uprawiających łącznie 500.000 ha tytoniu. W ten sposób rolnicy są w stanie zagwarantować zbyt oraz co najważniejsze stałą cenę swoich produktów, przy czym 80 % produkcji eksportowana jest głównie. do USA, Wielkiej Brytanii i Niemiec. Poza tym wytwarzanie w otwartej trzy miesiące temu linii produkcji papierosów chroni miejscowy rynek przed importem z zagranicy papierosów zachodnich marek, w których często zawarty jest tytoń u nich wyprodukowany. Nowa marka CJ w 100% dystrybuowana na rynek wewnętrzny cieszy się coraz większą popularnością, tym bardziej, że przy wysokiej jakości są o ok. 50 % tańsze niż konkurencja. Produkcja dzienna wynosi ok. 400 000 sztuk papierosów i rośnie. Wracając jeszcze do upraw warto dodać, że wydajność z 1 ha to ok. 2,5 – 3 t liści tytoniu.
Ruszam dalej autobusem w stronę Boliwii. Jestem jedynym białym pasażerem autobusu. O godzinie 7 rano docieramy do granicy. Z mojego powodu robi się tu mały zator. Argentyńskim mundurowym przy okienku nie podoba się ilość moich wjazdów do ich kraju. Jest już tego chyba z 6 pieczątek, ale co to ma do rzeczy? Kolejka rośnie, ale mi się nie spieszy. W Boliwii i tak zegarek będzie trzeba cofnąć o godzinę. W końcu, nie mogąc się doszukać żadnych nieprawidłowości, stemplują mi paszport i w drogę. Po boliwijskiej stronie służby jeszcze zaspane. Odprawa idzie sprawnie, tyle, że jeszcze celnicy nie dotarli. Granicznik macha ręką i każe iść dalej.
Zatem Villazon, zatem Boliwia… Zatem koniec z asfaltem, koniec z szeroko rozumianą cywilizacją – czyli, witaj przygodo! W autobusie rezerwuję miejsce przy przejściu. Tutaj standardy w odróżnieniu od lotniczych foteli z podnóżkami w Argentynie zastępują stare fotele z plastikowymi zagłówkami. Miejsca, jak na niestandardowo długie kończyny dolne w moim przypadku, po prostu nie ma. Przed długą podróżą trzeba się dobrze najeść. Jest tu dużo budek mieszczących po kilka osób na raz serwujących kilka podstawowych dań. Ja na śniadanie wybrałem Lapi – jest to wielkości dużej pizzy ciepły placek z mąki kukurydzianej smażony na głębokim oleju. Do tego podaje się rodzaj kleiku również z kukurydzy podawany na gorąco. W nim macza się Lapi. Koszt takiego dania to 2 boliwiano, a za każdy następny placek płaci się 50 centavos. Żyć nie umierać!
Jest godzina 8.00, ruszamy. Przy dobrych wiatrach za 21 godzin będę już w La Paz. Raptem, po godzinie jazdy nagle słychać jak podwozie szura o podłoże i po chwili autobus staje. Zaryliśmy się podczas przeprawy przez koryto rzeczne. Dla niewtajemniczonych informacja: w Boliwii większość dróg nawet ta międzynarodowa trasa – najkrótsza możliwa pomiędzy Argentyną a Peru, to drogi szutrowe, gruntowe. Podobnie instytucja mostów jest tu mało znana, chyba, że bez niego byłoby niemożliwe przedostanie się na drugi brzeg. Zresztą przez większą część roku w korytach wody nie ma w ogóle lub jest jej niewiele, więc po co sobie takim drobiazgiem głowę zawracać? Tym razem kierowca źle wybrał przeprawę i tył autobusu, mimo że mocno ścięty zablokował się na rzecznych kamieniach na brzegu. Wszyscy pasażerowie wysiadają, żeby tył się podniósł i kierowca mógł wycofać. Przy pomocy kilkunastu pchających mężczyzn zabieg się udaje i możemy jechać dalej. Co ciekawe, utknęliśmy na tę chwile w wiosce Tambor, nieopodal miejsca, w którym rok temu podczas nawałnicy piorun zwalił potężną wierzbę do wezbranej rzeki, blokując ruch na kilka godzin. Wtedy to dzielny Ursus 6014 pospieszył z pomocą usuwając wielki pień z brodu, a następnie kilka autobusów i ciężarówek grzęznących w mule.
Na sąsiadujących z moim miejscem czterech fotelach, na czworo dorosłych przypada troje dzieci na kolanach. Te najmłodsze kładzione są na podłogę, żeby miały wygodniej. Niestety podróż wyboistą gruntową drogą nie sprzyja maluchom. Co chwila któreś z kilkunastu w autobusie zanosi się płaczem… Głowa pęka!
W związku postojami raz na 4 – 5 godzin pojawia się kolejny problem. Maluchy nie potrafią tak długo wytrzymać, jak dorośli. Mamy próbują niemiłe zapachy wydzielane przez swoje pociechy zabić różnymi pachnidłami, ale efekt jest jeszcze gorszy niż oryginał.
Piasek, a właściwie drobny pył wzbijany przez koła autobusu i mijające pojazdy, przedostaje się do wnętrza pomimo zamkniętych okien. Po kilku godzinach czarne spodnie i bluza stają się szaro – żółte. Najgorsze jest nieprzyjemne uczucie w gardle, łaskotanie w nosie. Zakładam chustę na nos, ale wiele to nie pomaga. Dobrym patentem jest przepłukanie gardła co jakiś czas niewielką ilością wody…
…ciąg dalszy nastąpi.
* * *
InfoBus jest patronem medialnym pierwszej polskiej wyprawy
traktorem po krajach Ameryki Południowej. Będziemy w comiesięcznych odcinkach
informować o wydarzeniach na trasie tej historycznej eskapady. Oczywiście nie
doszła ona by to skutku gdyby nie sponsorzy. Jednym z nich jest firma Groeneveld
Polska, która zainstalowała w pojeździe serwisowym wyprawy
, stosowany również w
i
eksploatowanych w Polsce. Jego parametry techniczne i użytkowe zyskały zaufanie
wielu firm przewozowych, dystrybucyjnych oraz jednostek
, czy
. Jesteśmy bardzo ciekawi jak to urządzenie poradzi sobie w skrajnie trudnych
warunkach panujących na trasie TRAKTORIADY. I to jest jeden z powodów objęcia
patronatu medialnego nad tą wyprawą. Drugim – to chęć pokazania firmom z branży
autobusowej, że istnieją również takie formy promocji, dzięki którym można
sprawdzić własne produkty w ekstremalnych sytuacjach, a przy okazji spełnić
czyjeś marzenia.
Z życzeniami udanej wyprawy i wielu niezapomnianych wrażeń
Aleksander Kierecki
Więcej informacji o ofercie firmy Groeneveld Polska można
uzyskać na stronie www.groeneveld-groep.com.
Natomiast pełne dane na temat wyprawy Traktoriada 2002: zdjęcia, filmy, relacje
z poszczególnych dni i wiele innych ciekawostek zawiera strona www.traktoriada.icpnet.pl.