Opowieści Jacka, czyli Jorguś w wielkim świecie…
Szanowni Czytelnicy
Witam na łamach nowego działu w InfoBusie, gdzie prezentujemy felietony kierowców autobusów, piszących o swojej codziennej pracy, o jej blaskach i cieniach. Jesteśmy otwarci na wszystkie historie, niezależnie czy dotyczą dalekiej przeszłości, czy czasów obecnych. Czekamy na Wasze autobusowe opowieści pod adresem [email protected] .
Opowieści Jacka, czyli Jorguś w wielkim świecie …
Mniej więcej osiem lat temu na trasie do Niemiec zdarzyło się klasyczne językowe nieporozumienie pasażerki z kierowcą, z którego płynie morał taki, że dobrze znać nie tylko języki obce, ale i własny…
A było to tak: nasz główny bohater – kolega Jorguś, czyli po polsku Jerzy, to typowy Ślązak mówiący pięknym śląskim językiem, doskonały kierowca, zawsze dbający o swoich pasażerów, nawet więcej niż nakazywały obowiązki. Jorguś dostał kiedyś kurs liniowy z Warszawy do Stuttgartu. Ze stolicy zabrał prawie komplet pasażerów i ruszył na zachód doskonale znaną trasą przez Łódź, Konin i Poznań. Na przejściu granicznym w Świecku trzeba było jak zwykle odczekać swoje i wówczas zwykle częstowało się pasażerów gratisowymi napojami – kawą lub herbatą.
Jorguś sprawnie obsługiwał minibar częstując wszystkich wedle życzenia – proszę kawka, proszę herbatka… W pewnym momencie podchodzi do niego PANI – z gatunku tych Ę, Ą i OCH (bułkę przez bibułkę) i z klasycznym warszawskim akcentem i intonacją mówi: „Ja poproszę HEERRBBATKĘĘ Z CYTRYNKĄĄ.” Na to Jorguś ze swoistą elokwencją (oczywiście śląską gwarą): „Ależ ni ma problemów, zara Pani zrobię.”
Nikt nie woził świeżych cytryn, ale Jorg miał CITRONETĘ ( dla niewtajemniczonych – rozpuszczalną herbatę o smaku cytrynowym) kupioną w Aldim. Więc ją wyciągnął, zalał wrzątkiem, zamieszał i podaje PANIUSI – „Herbata zy cytrynom.”
PANI wzięła kubek, zagląda do niego i w żaden sposób nie może dostrzec pływającego plastra cytryny. Z pretensją w głosie mówi: „Ale ja prosiłam heerrbbatkęę z cytrynkąą.” Na to Jorg, który obsługiwał już kolejnego pasażera, odwrócił głowę i przez ramię krótko skwitował: „no je dryny” ( co oznacza – „no jest w środku”). Konsternacja na twarzyczce PANIUSI chyba osiągnęła maksimum, bo Jorg powtórzył – „Co, co, no je dryny.” PANI dalej nie łapie, więc Jorg zrozumiał, że ona po prostu nie rozumie po śląsku i poprawił się – „Ni je w środku.” Paniusia zagląda raz jeszcze do kubeczka, bo może jednak nie zauważyła tej cytryny wcześniej (było około 23.00), może jest na dnie… Zamieszała i dalej nic, cytryny jak nie było, tak nie ma. „Proszę pana, ale tutaj nie ma tej cytryny!” Na to Jorg: „No bo je dryny, ale w Krauzie” (czyli – „no bo jest w słoiku”).
Wszyscy śmiali się serdecznie z tego dialogu, ale PANI napisała później do Firmy, że tak szacowne przedsiębiorstwo powinno wysyłać na trasę kierowców, którzy znają języki….