Najnowsze w Infoship
Brakuje najnowszych.

Opowieści Jacka, czyli jak instrument został kobietą…

infobus
02.06.2004 19:07

Szanowni Czytelnicy

Witam na łamach nowego działu w InfoBusie, gdzie prezentujemy felietony kierowców autobusów, piszących o swojej codziennej pracy, o jej blaskach i cieniach. Jesteśmy otwarci na wszystkie historie, niezależnie czy dotyczą dalekiej przeszłości, czy czasów obecnych. Czekamy na Wasze autobusowe opowieści pod adresem [email protected] .

Było to parę lat temu, kiedy jeździłem na regularnej linii do Niemiec. Z kolegą zmiennikiem Andrzejem podjechaliśmy na dworzec autobusowy w Katowicach. Te same od lat wyćwiczone, niemal rutynowe czynności – ja przyjmowałem bilety, a Andrzej bagaże od pasażerów. Wówczas podeszła młoda, sympatyczna pani i poprosiła o dwa bilety, najlepiej obok siebie, gdzieś pośrodku autobusu. Na liście były obydwa nazwiska, więc je odhaczyłem i podałem naklejki na bagaże. Pani powiedziała, że jest tylko jeden, tak że przykleiłem drugą nalepkę na rewersie biletu. Zerknąłem jeszcze na nazwiska i okazało się, że obie panie miały tak samo na imię: Katarzyna – jeszcze zażartowałem, że dwie Kasie chcą siedzieć obok siebie… I to wszystko. Przyjęliśmy pozostałych pasażerów i ruszyliśmy w drogę, przez cały Śląsk, Opole i Wrocław. Rutynowo przed ruszeniem z każdego przystanku, zadawaliśmy pytanie, czy każdy ma swojego sąsiada i czy nikogo nie brakuje.

Od Wrocławia do granicy w Olszynie był zawsze czas na posortowanie biletów i zrobienie ostatecznej listy, żeby na granicy było wszystko gotowe do odprawy. Trzy kilometry przed Olszyną zatankowaliśmy do pełna, a w tym czasie pasażerowie mieli czas na skorzystanie ze stacjonarnej toalety, na papierosa lub ostatnie zakupy za złotówki. Po jakichś 15 minutach zaprosiliśmy wszystkich do autobusu (bo czas goni…) i rozpoczęliśmy wyścig z innymi autobusami, żeby być jak najbliżej w kolejce do odprawy – każdy autobus przed nami to około 30 minut straty później na trasie.

„Andrzej – wołam – zobacz, czy wszyscy są”. Andrzej szybko przeliczył – „Tak, jest OK., ruszamy!”. Dojazd do granicy, kolejka, czekamy. Po odebraniu tak zwanego „cetla” przy wjeździe na teren przejścia, wpisywało się wszystkie dane odnośnie firmy, autobusu i liczby pasażerów. Ci, którzy jeździli, doskonale pamiętają te „cetlerki”, z którymi potem chodziło się od WOP-istów do celników, a potem do Niemców. Po wpisaniu wszystkich danych czekamy na swoją kolejkę, co jakiś czas podjeżdżając do przodu pod przysłowiowy szlaban.

Gdy przyszła nasza kolej, pozbierałem paszporty od pasażerów, wziąłem teczkę z zezwoleniami plus „cetel” i lecę do sprawdzenia paszportów do okienka. Nasi sprawdzili, przybili stempel i wysłali do Niemców, a ci jak zawsze wszystkie paszporty sprawdzali na komputerze . Widziałem jak Niemiec już chciał przybić stempel, ale w ostatniej chwili się zawahał, przeliczył paszporty i mówi, że jednego brakuje. Oooo??? Pierwsza myśl – Andrzej nie dał swojego (czasem się udawało nie dać paszportów kierowców, żeby nie bili nam tylu pieczątek w paszport ważny na całe 10 lat, a po roku jeżdżenia zaczynało brakować kartek do wbijania stempli ). Biegnę i krzyczę – „Andrzej – paszport!”. „No dałem ci”. Hm…, może  Niemiec się kropnął, więc idę i mówię, że wszystkie  są. A on, że nie wszystkie, bo na liście wpisanych jest 40 pasażerów + 2 kierowców, a tutaj jest tylko 41 paszportów. Jednego brakuje. Może dziecko wpisane w paszport matki, ale nie mam takich małych dzieci..

Niemiec podejrzliwie patrzy na mnie, że może kogoś chcę przemycić i każe przynieść listę. Idę i sprawdzam jeszcze raz listę, bilety,  no i zgadza się. Jest 40 biletów, 40 miejsc na planie zaznaczone, a  paszportów pasażerów 39. Cuda…. Pytam, kto nie dał paszportu. Wszyscy dali. Pytanie kolejne, czy nikt nie wysiadł. Nikt nie wysiadał. Pytanie do Andrzeja – „Ty a może zgubiliśmy pasażera podczas tankowania?” Konsternacja!! No chyba nie… Ponownie analizuję całą trasę od Katowic i sprawdzam ją z listą. Według papierów wszystko się zgadza. Robi się nerwowa atmosfera, bo Niemiec czeka, my blokujemy pas odpraw a cała kolejka za nami… Co robić?!

Bierzemy jeszcze raz listę i plan rozsadzenia pasażerów w autobusie, i idąc w autobusie rząd po rzędzie, sprawdzamy każdego pasażera. Kiedy jesteśmy prawie w 3/4 autobusu, patrzę – tu powinny siedzieć "TE DWIE PANIE KASIE Z KATOWIC", a siedzi tylko jedna. Więc pytam – „A gdzie koleżanka? Może się przesiadła?” Pani z wielkimi oczami patrzy na mnie i odpowiada, że ona nie ma żadnej tutaj koleżanki i obok niej nikt nie siedział. Pierwsza myśl to – no ładnie, nie zabraliśmy jednej "baby" z Katowic. Będzie mega afera po powrocie. Ale coś dalej nie daje mi spokoju. Czasami podobnie postępowali przemytnicy, którzy kupowali dwa bilety, jeden na siebie, drugi na fikcyjne nazwisko i dawali do luków bagaż np. pełen papierosów. W razie wpadki, nikt nie przyznawał się do bagażu. Dlatego kierowcy musieli na takie numery bardzo uważać. Nie podejrzewałem jednak tak miłej i sympatycznie wyglądającej Pani o taki przekręt, ale w życiu można wszystkiego się spodziewać…

Pytam więc, jak to nie ma Pani koleżanki Kasi, przecież podawała mi Pani w Katowicach dwa bilety – swój i od drugiej pani Kasi. Pokazuję jej listę, gdzie mam zaznaczone: Pani Katarzyna … ( tu nazwisko – ochrona danych!) i Katarzyna Wiolonczela. Pani parsknęła śmiechem tak gwałtownie i głośno, że pół autobusu się obejrzało. Ja zdębiałem, bo tu tyle nerwów i zamieszania, a „TA" mi się śmieje prosto w nos! „Proszę Pana – po chwili wyjaśnia – ja jestem z zawodu muzykiem, gram w Orkiestrze Symfonicznej i jadę na koncert, i mam ze sobą swój instrument – wiolonczelę. A że jest to bardzo delikatny i drogi instrument. nie chciałam go oddać do bagażnika. W biurze, gdzie kupowałam bilet, poradzono mi, żebym kupiła dodatkowy bilet, na który dostanę zniżkę i wiolonczelę będę mogła mieć przy sobie i nic się jej nie stanie. Tak też zrobiłam”. I wskazała na lewy  fotel, gdzie leżał futerał z wiolonczelą. Nota bene przechodząc parokrotnie widziałem ten instrument, ale nie przyszło mi do głowy, że mam na niego bilet jak za człowieka…   

Osłupiałem a potem wybuchnąłem równie głośnym śmiechem jak pani Kasia. Sprawa się wyjaśniła, ale ile to nerwów nas kosztowało, to tylko my z Andrzejem dobrze wiemy… Oczywiście Niemiec nie uwierzył w moje wyjaśnienia w sprawie brakującego paszportu i z niedowierzaniem przyszedł osobiście zobaczyć panią KATARZYNĘ WIOLONCZELĘ. Śmiał się potem razem z nami.

Po całym tym incydencie już na wesoło zapytałem, czy rzeczywiście ten instrument ma na imię Kasia. Pani powiedziała, że nie. To dlaczego tak wypisany został ten bilet? (Zresztą  nazwę wiolonczeli troszkę przeinaczono, ale na liście było tak samo, a wiadomo, że co do nazwisk osób się nie dyskutuje.) Pani zaczęła wyjaśniać – osoba w biurze powiedziała jej, że na bilecie musi być imię i nazwisko. No i ona tak to sobie wykoncypowała, że wpisała swoje imię i nazwę instrumentu. I tak oto instrument stał się kobietą o wdzięcznym imieniu KATARZYNA.