Okiem związkowca: Radni Warszawy – czas się obudzić!
Z początkiem marca 2012 minie rok, jak swe prawne życie rozpoczęła ustawa o publicznym transporcie zbiorowym (uptz). W wielu polskich miastach samorządy lokalne (odpowiedzialne za jej realizację) nową ustawę przyjęło dość chłodno –jednak już pracują nad wypełnieniem jej zapisów. A Warszawa jakoś ciągle zwleka, jakby udawała, że nie wie, o co chodzi? Mam tu na myśli naszych „kochanych radnych i bezradnych”, którzy jak do tej pory nie odbyli żadnego posiedzenia Komisji czy Podkomisji związanej z realizacją ustawy, a czas nieubłaganie biegnie do przodu. I jak zwykle zostaniemy z przysłowiową „ręką w nocniku”, –czyli bez planów transportowych i z nimi związanych planów finansowania lokalnego publicznego transportu zbiorowego w m. st. Warszawie. Stwierdzenie radnych, że przecież mamy ZTM, to, po co powielać ich pracę, oni wiedzą najlepiej –jest pojęciem z goła niezrozumiałym, żeby nie powiedzieć zakrawającym na kpinę nie tylko z pasażerów –mieszkańców miasta, ale również z ponad 10 tysięcy pracowników warszawskiego publicznego transportu. Choć gdyby wliczyć także firmy pracujące na rzecz transportu i powiązane z nim pośrednio, to liczba ta byłaby znacznie większa. Zatem jak widać transport zbiorowy tworzy znaczną ilość miejsc pracy w mieście i należy do jednej z większych branż tworzących również dochód miasta i jego mieszkańców. Inną sprawą jest, że dobrze funkcjonujący transport zbiorowy, to rozwój miasta i jego codziennie funkcjonowanie. Dlatego też, nie może być spychany na plan dalszy. Musi być traktowany na równi z nowymi inwestycjami podnoszącym standard życia w mieście.
Rozumowanie radnych, że ZTM załatwi za nich sprawę uzpt świadczy również o tym, że nie potrafią, a raczej nie chcą zrozumieć, że ZTM w myśl zapisów ustawy nie jest organizatorem, a jedynie instytucją w ich imieniu nadzorującą i zarządzającą komunikacją miejską. Instytucją realizującą plany transportowe sporządzone przez samorząd lokalny, w tym wypadku Radę Warszawy. A plan transportowy to nie tylko mapy, wykresy, analizy, ale również szereg uchwał wykonawczych Rady. To także uzgodniony z Komisją Finansów miasta dokument finansowy wskazujący źródła finansowania utrzymania transportu jak również perspektywę pozyskiwania nowych pieniędzy na rozwój i modernizację. Bez planu – komunikacja miejska znowu popadnie w letarg, który w ciągu 5-6 lat może doprowadzić do pełnej zapaści miasta. Brak jasno określonych celów i sposobów ich realizacji może doprowadzić do upadku nie tylko samorządowych (należących do miasta) firm komunikacji miejskiej, ale również firm prywatnych (przewoźników). Pierwsze symptomy już teraz widać, choćby widocznym brakiem zainteresowania wejścia na warszawski rynek nowych prywatnych firm, a i te, które już działają myślą coraz częściej o opuszczeniu go niż umacnianiu swojej pozycji.
Warszawski rynek jest rynkiem dość specyficznym, w którym tabor –szczególnie autobusowy z ledwością dożywa 10 lat. Ponad 10-letnie wozy przypominają wozy 30-letnie w innych miastach. Ogromne potoki pasażerskie, niezrealizowane do końca rozwiązania dające priorytet komunikacji zbiorowej, wreszcie, co tu dużo mówić nie zawsze trafione, umiejętne zarządzanie komunikacją przez „profesjonalistów z Żelaznej”dewastuje tabor znacznie szybciej niż zakłada to producent. Aż strach pomyśleć, co to będzie jak znikną ostatnie „pancerne Ikarusy”. Autobusy może nieprzystające do realiów XXI wieku, ale mimo wszystko w ciągu 90 lat stołecznych autobusów to właśnie one sprawdziły się najlepiej. Nie było przed nimi i zapewne nie szybko po nich będą – wozy, które mogą pełnić swą służbę w wielu przypadkach przez ponad 20 lat. Autobusy proste w obsłudze, odtwarzalne i co najważniejsze trwałe. Te, które obecnie obsługują warszawskie trasy, raczej z trudem dotrwają 20 lat, choć i to nie wiadomo, bo trudno tworzyć jakąś sensowna politykę transportową, jeżeli nie ma się planu na najbliższe 10-30 lat, nie ma się gwarancji, że znajdzie się dla firmy pakiet zamówień, itd. A to właśnie plany transportowe wraz ze swoimi uchwałami, zarządzeniami miejskimi tworzą pewien stały pakiet gwarancji dla operatorów i przewoźników funkcjonujących w mieście.
Jednym z takich dokumentów jest określenie, na jakiej zasadzie funkcjonuje transport. W wielu miastach europejskich samorządy lokalne odeszły od wspierania prywatnych firm transportu miejskiego, na rzecz wspierania własnych, samorządowych operatorów. Pierwszy od „rewolucyjnych zmian”odszedł Berlin, nieco później Londyn, a teraz odchodzi Paryż. Czy zatem nie lepiej popatrzeć jak oni to robią i brać z nich przykład? Dlaczego samorządowy operator a nie prywatny przewoźnik? Odpowiedzi jest wiele, jednak przytoczmy jedną, bodajże najważniejszą. Otóż, dlatego, że przewoźnik jest zainteresowany tylko zyskiem. Jak największym zyskiem przy najmniejszych kosztach własnych. Natomiast samorządowy operator nie tylko liczy zyski, ale również partycypuje przy różnego rodzaju przedsięwzięciach miasta promujących transport. Wreszcie samorządy operator ma większe możliwości pozyskania dotacji z ekofunduszy czy funduszy prorozwojowych aglomeracji miejskich. Oczywiście, jeżeli zaznaczy się o tym w odpowiednim planie transportowym, który przewiduje rozwój ekologicznej komunikacji w oparciu o samorząd, wszak to on daje gwarancje prawidłowego wykorzystania funduszy. Samorząd posiadający nie tylko odpowiedni kapitał ludzki w postaci rozsądnych radnych, ale również w postaci majątku miasta. Ten niestety ciągle jest pomniejszany.
Reasumując –Radni Warszawy obudźcie się i zacznijcie działać. Ustawa o publicznym transporcie zbiorowym, nie ominie was, a brak wprowadzenia jej zapisów do statutu miasta może w niedalekiej przyszłości za 5-7 lat doprowadzić do paraliżu komunikacyjnego miasta. Paraliżu spowodowanego brakiem pieniędzy na odtwarzanie kapitału operatorów, żeby nie powiedzieć zabierze pieniądze na dalszy rozwój, a miasta nie będzie się kurczyć, a wręcz odwrotnie. Będzie się rozrastać o coraz dalsze peryferia, a te będą potrzebowały sprawnego transportu „dowozowego”do szybkich tras komunikacji zbiorowej, nie zawsze szynowej. Również szybkich tzw. „metrobusów”poruszających się po szerokich autostradach wewnątrz miejskich na zasadzie drogowych pociągów pomiędzy dzielnicami. Jest jeszcze czas na przebudzenie, –ale nie za wiele.