Najnowsze w Infoship
Brakuje najnowszych.

Koniec strajku w PKS Kozienice!

infobus
02.06.2004 19:07

Przez 90 dni pracownicy kozienickiego PKS okupowali siedzibę firmy. Przez 90 dni ważyły się losy zakładu. Strajkujący nie poddali się presji właściciela przedsiębiorstwa ( Instytut Postępowania Twórczego w Łodzi) i nie przerwali protestu nawet wtedy, gdy ponad 150 osób otrzymało dyscyplinarne wypowiedzenia z pracy. Bez pieniędzy, bez wsparcia Ministerstwa Skarbu – drugiego z właścicieli PKS w Kozienicach, zmęczeni – przetrwali. – Trzy miesiące strajku bardzo nas zjednoczyły, nie było między nami podziałów, że ktoś jest z tego związku, a ktoś z innego – mówi Mirosław Posłowski, szef zakładowej „Solidarności” w kozienickim PKS – Pewnie dlatego wygraliśmy.

To był najdłuższy strajk w historii radomskiej " Solidarności ". Przez ostatnich kilkanaście lat ani związki zawodowe, ani pracownicy żadnego z przedsiębiorstw nie wykazali tyle determinacji w walce o firmę i swoje miejsca pracy. Zaryzykowali i zwyciężyli, chociaż w zasadzie mało kto, poza nimi samymi, dawał im szansę na wygraną. A wszystko zaczyna się od wypowiedzenia z pracy, które 16 lutego otrzymuje Mirosław Posłowski. – Posłowski uszkodził tachograf w swoim autobusie i musi ponieść karę – twierdzi Tadeusz Kosior, prezes firmy. – To tylko pretekst – uważają pracownicy – Posłowski krytykuje prywatyzacje przedsiębiorstwa i walczy o nasze prawa. Tydzień później rozpoczyna się strajk okupacyjny. Bierze w nim udział ponad 150 osób. Wszystkie autobusy, poza tymi, które dowożą pracowników do Elektrowni Kozienice, pozostają w zajezdni, protestujący spędzają noc w zakładzie. Nikt wtedy nawet nie podejrzewa, że tak będzie przez trzy miesiące. Posłowski nie kryje, że jest dumny ze swoich kolegów i ich determinacji. – To nie jest tylko walka o mnie. Walczymy o naszą firmę i przyszłość naszych rodzin – przekonuje.
Zaczynają się negocjacje. Dziesiątki spotkań w Kozienicach, Radomiu, Łodzi i Warszawie. Trwające wiele godzin rozmowy podejmuje się prowadzić kilku mediatorów. Nie jest to pierwszy strajk w firmie, ale poprzedni protest trwał zaledwie parę godzin. Tym razem zarząd spółki jest konsekwentny. Strajk jest nielegalny, nie może być mowy o spełnieniu postulatów załogi, czyli m. in. przywróceniu do pracy Mirosława Posłowskiego. Firmie i jej pracownikom próbują pomóc burmistrz Kozienic, starosta i wicemarszałek Mazowsza. Bez efektu. Strony konfliktu „okopały się" na swoich pozycjach i o jakimkolwiek porozumieniu nie może być mowy.

Przedstawiciele komitetu strajkowego w PKS Kozienice - od lewej siedzą: Janusz Śniadek, szef `Solidarności`, Mirosław Poszowski i szef zakładowej `Solidarności` w PKS Kozienice, stoi Zdzisław Maszkiewicz, przewodniczący radomskiego Zarządu Regionu `Solidarności`Marsz `Solidarności` w Kozienicach

Pojawia się nowy inwestor z południa

Czas płynie, kozienicki PKS traci pieniądze i pozycję na rynku. Grozi mu też utrata koncesji na świadczenie usług przewozowych. – Im dłużej trwa protest, tym mniejsze są szanse na jego pomyślne zakończenie – uważa Bogusław Kowalski, wicemarszałek Mazowsza, który stara się pomóc załodze. Nie kryje, że winą za trudną sytuację przedsiębiorstwa obarcza zarząd i inwestora. – Może pora go zmienić – zastanawia się Kowalski i rozpoczyna poszukiwania firmy, która zechce odkupić 51% udziałów, których właścicielem jest Instytut Postępowania Twórczego w Łodzi i jego szef Makary Stasiak. Udaje się. Kupnem udziałów zainteresowany jest przewoźnik z południa Polski. Niestety, jego oferta nie interesuje Ministerstwa Skarbu, które ma przecież pisemną deklarację łódzkiego Instytutu, że chce się wycofać z przedsiębiorstwa.

Strajkujący nie zamierzają czekać z założonymi rękami. Chcą poprowadzić firmę, ale wiedzą, że nie zrobią tego sami, potrzebują pomocy. Nie mają takich pieniędzy, by móc odkupić od Instytutu wszystkie udziały. Ponad 2 lata temu inwestor zapłacił za nie 2,5 mln złotych. Dlatego szukają partnera. Okazuje się to łatwiejsze niż myśleli. W spółkę z pracownikami chcą wejść: samorząd Mazowsza, Urząd Miasta i Gminy w Kozienicach, a ostatnio – Starostwo Powiatowe w Kozienicach. Ale zanim dojdzie do poważnych rozmów na ten temat, strajkujący udowodnią, że nie są sami, że zła sytuacja w kozienickim PKS to nie tylko ich sprawa.

Marsz `Solidarności` w KozienicachMarsz `Solidarności` w Kozienicach

Manifestacja w Kozienicach

Na początku maja do Kozienic przyjeżdżają delegacje wszystkich Zarządów Regionów „Solidarności", a jest ich w Polsce 30. Związkowcy z Łodzi, Wrocławia, Krakowa, Wadowic, Jeleniej Góry, Rzeszowa, Gdańska i z Gdyni oraz wielu, wielu innych miejsc, wyposażeni w transparenty, gwizdki i syreny, przechodzą ulicami miasta. Przeciwko łamaniu praw pracowniczych i w obronie kozienickiej firmy manifestuje prawie 3 tysiące osób. „Chodźcie z nami! Chodźcie z nami! " – krzyczą do obserwujących manifestację mieszkańców. – Mieszkam tu i pracowałem w PKS ponad 39 lat. Najdłużej ze wszystkich i nigdy takich cyrków nie było – mówi starszy mężczyzna – Serce boli jak się na to patrzy – łamie mu się głos. – To tragedia dla tych ludzi, którzy zostali pozbawieni chleba – dodaje inny – Jak ten gość kupował firmę, to z góry zakładał, że jemu potrzebny jest tylko teren i warsztaty. Przewozy go nie interesowały. Najgorsze jest to, że nie widać tuaj rozwiązania.

Związkowcy przygotowują pismo adresowane do Premiera Rządu RP Marka Belki. Czytamy w nim m.in.: „Domagamy się jak najszybszego uruchomienia procedur, mających na celu unieważnienie prywatyzacji PKS Kozienice jako szkodliwej społecznie i niekorzystnej dla Skarbu Państwa.[…] Jedynym celem nowych właścicieli jest likwidacja firmy, rozgrabienie majątku przedsiębiorstwa, a potem wyprzedaż jego gruntów pod nowe hipermarkety i tego typu komercyjne przedsięwzięcia. Tym bardziej, że w miejsce zlikwidowanych miejsc pracy nie powstają nowe.” List podpisuje Zdzisław Maszkiewicz, przewodniczący radomskiego Zarządu Regionu Solidarności. Takiej manifestacji w Kozienicach nigdy nie było, a na południu Mazowsza od lat tak wiele osób nie było zaangażowanych w obronę jednego przedsiębiorstwa. – Nie domagamy się tutaj niczego więcej, jak przestrzegania prawa – przekonuje Janusz Śniadek, szef „Solidarności" – dziś nasz problem polega na tym, że to pracownicy muszą bronić zakładów pracy, nie pracodawcy, a wydawałoby się, że to ich podstawowy obowiązek. – I dodaje – Przyjechaliśmy do Kozienic, bo w przeciwieństwie do Wrocławia, do protestującej jeszcze do niedawna wrocławskiej "Jedynki", kamery i mikrofony nie były skierowane tutaj. Opinia publiczna wiedziała, co tam się dzieje, a Kozienice strajkowały w ciszy i w milczeniu. Dlatego przyjechaliśmy, żeby zwrócić uwagę ludzi na to miejsce i liczymy na to, że presja opinii publicznej nie pozwoli spokojne spać osobom odpowiedzialnym za tę sytuację.- U nas był podobny strajk jak w PKS Kozienice – podkreśla Zbigniew Rudzik, szef zakładowej "Solidarności" we wrocławskiej "Jedynce" – My skończyliśmy po 59 dniach, a oni jeszcze walczą. Jesteśmy z nimi. Musimy być solidarni. Niech się boją ci wszyscy, którzy celowo lub przez swoją nieudolność doprowadzili do takiej sytuacji w Polsce.

Marsz `Solidarności` w KozienicachMarsz `Solidarności` w Kozienicach

Zgodnie z prawem za 17 dni kozienicki PKS straci koncesję na świadczenie usług przewozowych. Firma może się o nią ubiegać ponownie dopiero po 3 latach. Wtedy nie będzie już dla niej miejsca na rynku. – Wierzymy, że nie dojdzie do tak dramatycznych zdarzeń – ma nadzieję Janusz Śniadek – To jest tylko 17 dni, albo aż 17 dni. W tym czasie można bardzo wiele zrobić. Ja chcę i mogę zapewnić, że nie ustanę do końca w wysiłkach, żeby ratować tę firmę. „Solidarność!", „Solidarność!" – krzyczą protestujący związkowcy. Wyją przywiezione przez stoczniowców syreny. – Przyjechałem z Gdyni, z Portu Gdynia – mówi jeden z nich – Kawał drogi. No niestety, często się przemieszczamy, wspieramy się i sprzeciwiamy patologiom prywatyzacyjnym. Związkowiec z Zagłębia Miedziowego dodaje – Pracownik jest niewolnikiem w tej chwili. Niech ludzie zobaczą i usłyszą, ocenią, czy warto protestować. Ja sądzę, że warto. – Chcemy udzielić wsparcia naszym kolegom, którzy zostali skrzywdzeni przez pracodawcę. Solidaryzujemy się z nimi – deklarują panie, które przyjechały z Rzeszowa – bo same jesteśmy w podobnej sytuacji. Manifestacja dociera przed budynek Starostwa i kończy się wiecem na placu zajezdni PKS.

Marsz `Solidarności` w KozienicachMarsz `Solidarności` w Kozienicach

Manifestacja w Warszawie i przełom

Mija kolejny tydzień. Stronom konfliktu nie udaje się dojść do porozumienia. Zarząd firmy nie zamierza spełnić postulatów załogi i przywrócić do pracy ponad 150 osób, które zostały dyscyplinarnie zwolnione za udział w strajku. Tymczasem zwolnieni pozywają pracodawcę do sądu i 11 maja rozpoczyna się proces pierwszych 25 pracowników PKS przeciwko zarządowi. Kolejny termin rozprawy wyznaczono za miesiąc, a na rozpatrzenie czeka jeszcze około 130 pozwów. W połowie maja strajkujący już od ponad 80 dni pracownicy przedsiębiorstwa demonstrują przed Sejmem. Przez dwie godziny 50 osób protestuje przeciwko bezczynności władz państwowych w sprawie ich zakładu. Ich zdaniem to brak dobrej woli ze strony resortu skarbu komplikuje i bez tego trudną sytuację firmy.
Przełom następuje pod koniec maja. Podczas spotkania w Ministerstwie Skarbu udaje się podpisać ugodę. Związkowcy zobowiązują się do zawieszenia strajku i powrotu do pracy, a zarząd obiecuje, że cofnie wszystkie wypowiedzenia (także Mirosławowi Posłowskiemu, szefowi zakładowej „Solidarności) i kupi paliwo. – To wielki sukces. Odnieśliśmy zwycięstwo. Było warto – cieszy się Zdzisław Maszkiewicz, przewodniczący radomskiego zarządu związku. – Jeszcze nie mamy niczego na piśmie – Posłowski jest ostrożny w ocenie tego, co się wydarzyło w ministerstwie. Najważniejsza jednak jest deklaracja ministerialnych urzędników, że kozienicki PKS nie straci koncesji. Jest jednak warunek: firma musi zacząć normalnie działać 24 maja. Obie strony konfliktu przyjmują to do wiadomości.

Koniec strajku!

W przedsiębiorstwie panuje gorączkowa atmosfera. Trzeba porozmawiać z ludźmi, przygotować autobusy, zinwentaryzować majątek. W poniedziałek – koniec protestu i początek pracy. Tym razem nikt nie zawodzi i wszyscy stają na wysokości zadania. Inwestor przestał przeszkadzać, Ministerstwo Skarbu zaczęło działać, zarząd PKS uznał załogę za partnera, a strajkujący wycofali pozwy z sądu i złożyli ofertę zakupu udziałów. – Niestety, trzy ostatnie miesiące przyniosły firmie około 2,5 mln złotych strat i osłabiły jej pozycję na rynku – martwi się Tadeusz Kosior, prezes przedsiębiorstwa. – Tych strat już nie da się odrobić. Bezpowrotnie utraciliśmy te pieniądze, ale będzie dobrze. Mimo wszystko Kosior jest optymistą. Podobnie myśli Mirosław Posłowski, jeszcze kilka dni temu po drugiej stronie barykady, teraz obaj panowie są zgodni, mają jeden cel, mówią jednym głosem: trzeba PKS Kozienice wyprowadzić na prostą. Jeśli firmie pomogą samorządowcy i wspólnie z załogą odkupią od Instytutu Postępowania Twórczego 51% udziałów, przedsiębiorstwo ma ogromne szanse na to, by przetrwać. Jednak takich szans wydaje się nie mieć obecny zarząd spółki. – Straciliśmy do nich zaufanie – mówią pracownicy – nie wyobrażamy sobie dalszej pracy z tymi ludźmi. A póki co, protestujący doczekali się wypłaty wynagrodzenia za luty. Teraz trzeba ustalić, kto i ile zapłaci za trzymiesięczny strajk. Na podjęcie decyzji jest miesiąc. – Strajk był legalny, więc pieniądze nam się należą – argumentuje Posłowski.

Wszystko wróciło do normy. Rozkład jazdy się nie zmienił, jest taki sam jak przed strajkiem. Autobusy znowu wożą pasażerów, pasażerowie odetchnęli z ulgą, bo skończyły się ich kłopoty. Zadowoleni są pracownicy PKS, bo nie stracili zajęcia i mają poczucie wygranej. No i zarząd spółki – prezes chyba znowu śpi spokojnie. Ale to jeszcze nie koniec. Związki zawodowe z PKS przedstawiły zarządowi listę 23 postulatów. Dopiero ich spełnienie zakończy, trwający od ponad roku, spór zbiorowy…