Bełchatów: Niepewność pewnych umów
Najpierw umowa, później aneksy i dyktowanie warunków przez dyrektora. Taką wersję strategii PKS Bełchatów wobec kierowców dzierżawiących linie autobusowe przedstawiają oni sami. – To jest układ, który podpisywały obie strony i wszyscy wiedzieli, na co się decydują – odparowuje zarzuty dyrektor PPKS Bełchatów Jacek Krata.
Kierowcy dzierżawiący linie nie chcą zdradzać nazwisk. Mówią, że każdy z nich chce jeszcze pracować, mimo wszystko. Obecnie jest ich 24, ale jak mówią, z każdym miesiącem ta liczba się kurczy.
– Jesteśmy stawiani pod murem – mówią. – Jedynym wyjściem może być skierowanie sprawy do sadu.
Jacek Krata, dyrektor Przedsiębiorstwa Państwowej Komunikacji Samochodowej w Bełchatowie, o warunkach umów zawieranych z dzierżawcami mówi niechętnie.
– Są to wewnętrzne sprawy firmy i strony podpisujące umowy wiedzą, co robią – stwierdza. – Dzierżawcy ciągle dyskutują i negocjują, ale to jest układ, w którym obie strony wiedzą, na co się decydują.
Tymczasem kierowcy, którzy dzierżawy już objęli, mówią, że pierwotna umowa jest tylko punktem wyjściowym. Potem do umów dołączane są aneksy. O ich treści decyduje dyrektor PPKS Bełchatów. Zdaniem dzierżawców, wprowadzanie kolejnych aneksów to nic innego, jak stawianie ich pod murem.
– Albo bierzesz nowe warunki, albo rozwiązujemy umowę – komentuje jeden z nich. – I w końcu każdy bierze, bo gdzie znajdzie pracę? Ale ile człowiek może znieść? Eksploatacja jest coraz droższa, a koszty coraz większe. Umowę podpisywaliśmy w latach 90. Od tego czasu zmieniły się realia.
Dyrektor dowodzi, że te same zasady obowiązują od lat i decydując się na dzierżawę, kierowcy dobrze je znali. Kiedy obejmowali linię kilka lat temu, nie skarżyli się na nie.
– Zresztą bądźmy szczerzy, byli pracownikami PKS, dzierżawę obejmowali w nadziei na zyski – dodaje.
Podobne zdanie mają niektórzy pasażerowie bełchatowskiego PKS.
– Jeszcze nie widziałam takiego dzierżawcy, który byłby biedny – mówi Maria Antoszczyk, która dosyć często z autobusów obsługiwanych przez dzierżawców korzysta. – A że teraz wszystko zdrożało i ludzie więcej samochodów mają, gorzej się im powodzi, więc larum podnoszą.
Jednak, jak dowodzą dzierżawcy, zastrzeżenia z koniunkturą niewiele mają wspólnego. Ich zdaniem, wprowadzanie kolejnych aneksów to zwykły sposób, żeby wyeliminować ich z rynku, a przy okazji jak najwięcej zarobić. Aneksy mają mówić same za siebie: podniesienie czynszu dzierżawnego, mniejszy procent od sprzedanych biletów, odbieranie linii bardziej dochodowych, a przydzielanie tych, na których pasażerów jest najmniej, obowiązek tankowania w stacji paliwowej PKS, częste zlecanie napraw, za które muszą płacić.
– Bywa i tak, że autobus zabierany jest do przeglądu, a potem zlecane są naprawy – opowiada jeden z kierowców. – My otrzymujemy faktury do zapłacenia, choć część napraw była naprawdę niekonieczna. Poza tym wykonywane są w wewnętrznym zakładzie. W innym za te same naprawy można było zapłacić o jedną trzecią mniej. Ale takie są warunki aneksów. Przez to wiele osób już z dzierżawy zrezygnowało.
Niektórzy pasażerowie zwrócili uwagę na pewną prawidłowość.
– Te autobusy, co są w dzierżawie, to zawsze wysprzątane i jeżdżą też dobrze – mówi Tadeusz Nowak z Bełchatowa. – A do tych państwowych to aż czasami strach wsiadać, bo nie wiadomo czy się po drodze nie rozleci.
Zdaniem kierowców, którzy autobusy dzierżawią, łatwo to wytłumaczyć.
– Nasze autobusy są na przeglądy wysyłane co trochę i ciągle odkrywane są w nich usterki – mówią z przekąsem. – Na nasz rachunek oczywiście. Z wieloma naprawdę można było poczekać, ale to my za nie płacimy, wiec się nikt nie przejmuje. Sprzęt PKS-u tak częstych napraw jakoś nie wymaga.
Do najbardziej pożądanych kursów należą dowozy pracowników kopalni i elektrowni. Dyrektor PPKS Bełchatów mówi, że obecnie większość obsługiwana jest właśnie przez dzierżawców. – Nie ma z tego dużych pieniędzy, ale są to pieniądze pewne – dodaje. – Nic dziwnego, że każdy chciałby z nich skorzystać.
Problemem są za to przewozy uczniów, szczególnie tych, którzy korzystają z biletów miesięcznych. Dzierżawcy mają zastrzeżenia co do zasad, na jakich wypłacane są za nie pieniądze. Mówią, że w umowach wyznaczany jest procent od sumy za sprzedane bilety, natomiast nie ma stawki, od której jest naliczany.
– W grudniu dostałem połowę tego, co w październiku – komentuje jeden z dzierżawców. – Gdy zapytałem dlaczego, okazało się, że spadła sprzedaż. O połowę?
Dyrektor Krata tłumaczy, że stawka wypłacana jest kierowcom na podstawie obliczeń i obserwacji rewizorów, którzy towarzyszą kierowcom na poszczególnych trasach.
– Gdyby sugerować się tym, czego domagają się dzierżawcy, okazałoby się, że biletów sprzedawanych jest trzy razy więcej niż w rzeczywistości – komentuje Krata.
Uczniowie, a oni najczęściej korzystają z miesięcznych biletów, mówią, że wolą jeździć autobusami, które prowadzą kierowcy PKS.
– Oni nie każą pokazywać biletu za każdym razem, gdy się do autobusu wsiada – mówi Ewelina Maziarz. – A ci z dzierżawy przeważnie proszą, żeby go okazać. Chyba liczą, ile osób jeździ z miesięcznymi i potem dostają za to zwrot pieniędzy.
Mieszkańcy, którzy autobusami PKS podróżują, mówią, że generalnie powinno być im wszystko jedno, z kim jeżdżą. A nie jest. Podkreślają, że choć cena biletu jest ta sama, to pewniej jeździ się z osobą dzierżawiącą linię. Powód? On z nierentownej linii się nie wycofa, bo nie może, a na tym zyskuje tylko pasażer.
– Jak państwowy przejmuje, to zawsze jest ryzyko, że jak mało ludzi będzie jeździć, to w końcu kurs zlikwidują, np. w soboty i niedziele – mówi Kazimierz Banasiak, mieszkaniec wioski w gminie Rusiec. – A jeśli jeździ dzierżawca, to on linii rzucić nie może, bo pekaesu nie obchodzi, ile ludzi wsiada.
Mieszkanka Szczercowa podaje nawet konkretny przykład.
– Był autobus do Szczercowa rano i chodził świątek – piątek – mówi. – Ale wtedy to była dzierżawa. Potem kierowca się zmienił i kursy w soboty i niedziele odwołali. Nie od razu, ale dwa, trzy miesiące później. Pewnie, że jak się pekaesowi nie będzie linia opłacała, to ją zlikwiduje. To zdrowy rozum podpowiada.
Temu, że PKS likwiduje nierentowne linie, zaprzecza stanowczo dyrektor przedsiębiorstwa. Mówi, że firma wręcz nie może sobie na to pozwolić, bo to kwestia zaufania publicznego. Przyznaje jednak, że dzierżawcy często zwracają się do niego z prośbą o zmianę linii albo obniżenie czynszu.
– Na bieżąco prowadzimy monitoring, jeśli jakieś kursy przynoszą coraz mniejsze zyski, podejmujemy odpowiednie decyzje – dodaje.
Jednak, jak mówi dyrektor, nie każde życzenie kierowcy może być spełnione. PKS nie zrezygnuje również z tych linii, które są najbardziej dochodowe. Z reguły jest tak, że jedna z tras, które dany dzierżawca obsługuje, należy do tych bardziej opłacalnych, a na drugiej już z założenia zarabia się mniej.
Samych kierowców najbardziej jednak frapuje to, w jaki sposób linie są przydzielane.
– Dawniej była pewna pula kursów, spośród których można było sobie wybrać te, które wydawały się najlepsze. – Teraz jest wolna amerykanka – opowiada jeden z kierowców. – Wszystko zależy od dyrektora. Kiedy chciałem zmienić linię, bo zupełnie nielogiczne jest kursowanie wielkim autobusem na linii, którą jeździ niewiele osób, usłyszałem stanowcze nie.
Dzierżawcy zwracają uwagę na to, że w ich przypadku nie ma nawet organu, do którego mogliby się odwołać. – Kiedyś składaliśmy zażalenie do wojewody, ale otrzymaliśmy odpowiedź, że wojewoda w tej sprawie rozstrzygać nie może.
I rzeczywiście. Jak mówi Katarzyna Juszczyk z biura prasowego wojewody łódzkiego, dzierżawcy mogą poinformować urząd o nieprawidłowościach w działaniu przedsiębiorstwa, ale w takich sprawach nie rozstrzyga wojewoda, a sąd.
– Zgodnie z prawem sprawy związane z działalnością wewnętrzną firmy rozstrzyga sam dyrektor – dodaje Katarzyna Juszczyk.
Jeden z kierowców przyznaje, że zastanawia się nad tym, by sprawę skierować do sądu. – Może się okazać, że to jedyne wyjście, żeby nie stracić pracy, a przy okazji nie zbankrutować – dodaje.