Najnowsze w Infoship
Brakuje najnowszych.

Autobusowe wspomnienia Majki Jeżowskiej

infobus
13.07.2004 18:28

W 1984 r. nagrała piosenkę „A ja wolę moją mamę”, do której słowa napisała Agnieszka Osiecka. I od tamtej pory jest kojarzona z piosenkami dla dzieci. Można je znaleźć na dwupłytowym albumie „Marzenia się spełniają.” Majka Jeżowska często koncertuje dla dzieci. Czerwiec zaczyna się Międzynarodowym Dniem Dziecka. Wtedy Panią Majkę Jeżowską można spotkać gdzieś w Polsce, oczywiście śpiewającą i bawiącą się z dziećmi. Korzystając z okazji zapytaliśmy ją o związki śpiewania dla dzieci z autobusami.

Majka JeżowskaMajka Jeżowska z synem

„Wiele osób zwracało się do mnie z prośbą o otrzymanie płyt z autografem czy gadżetów, które potem były licytowane na aukcjach, z których dochód przeznaczony był na zakup gimbusu. Kiedyś wystąpiłam w Łodzi na koncercie na rozpoczęcie roku szkolnego podczas którego nasz były premier – Leszek Miller przekazywał kilka gimbusów różnym szkołom gminnym na terenie województwa łódzkiego. Pamiętam też jakąś radiową akcję na południu Polski. Generalnie muszę powiedzieć, że w wielu takich akcjach pada moje nazwisko, wiele jest aukcji, gdzie nie brakuje mojej płyty czy autografu.

Pamiętam legendarne żółte autobusy szkolne, tzw. „yellow bus`y” z czasów, gdy mieszkałam w Stanach Zjednoczonych. Mój syn takim autobusem dojeżdżał do szkoły. Chyba w przeciwieństwie do naszych, ten autobus podjeżdżał pod sam dom. W całej dzielnicy długo trwała zbiórka dzieci. Dopiero potem jechali kolejne ileś tam minut. Dla mnie jako matki, było to wygodne, że nie musiałam wychodzić na róg ulicy, na jakiś przystanek, czy gdzieś go odprowadzać. Podjeżdżał żółty autobus, otwierały się drzwi z takim sykiem charakterystycznym, jak na amerykańskich filmach. Dziecko wsiada z kanapką, czy z pudełkiem z jedzonkiem.

Muszę przyznać, że sama nie jechałam nigdy amerykańskim „yellow bus`em”. Mojemu synowi się to bardzo podobało. To było też takie pierwsze nawiązywanie kontaktu z kolegami. Myślę, że oni nie zwracali uwagi na wygody, na to jak się jedzie, tylko gadali sobie, zajmowali się swoimi sprawami albo przysypiali. Z tego co pamiętam, kierowcy na ogół byli Afroamerykanami. To było chyba najbardziej oblegane zajęcie przez czarnoskórych mieszkańców Chicago.

Kierowcy „yellow bus-ów” muszą przede wszystkim zwracać uwagę na bezpieczeństwo przy wsiadaniu, wysiadaniu i w czasie jazdy. Poza tym ważne jest, żeby dobrze znali drogę, bo bywa bardzo kręta. Pamiętam, że był taki rok, w którym spóźniliśmy się na początek roku szkolnego. Mój syn musiał jeździć do bardzo odległej szkoły, nie tej co zwykle. Droga była daleka i spędzał w autobusie naprawdę wiele czasu.

„Yellow bus`y” jeżdżą w mieście i do wszystkich tzw. „suburbs”, czyli przedmieść. Cały problem jest w tym, że aby do takiej odległej szkoły cały autobus z dziećmi z różnych dzielnic dojechał, to często godzina wyznaczana do wsiadania, a więc i wstawania, jest jakaś chora, bo np. dwie godziny przed rozpoczęciem zajęć dziecko już musi być gotowe. Ja pamiętam, że kilka razy zaspaliśmy i trzeba było zawieźć syna samochodem. Wtedy dopiero poznawaliśmy, jak naprawdę jest daleko do jego szkoły. I ile czasu takim wolnym „yellow bus`em” muszą biedni uczniowie jechać.

Autobusy szkolne to jest kawał życia każdego dziecka w Stanach. „Yellow bus`y” to jest zawsze wspomnienie dzieciństwa mojego syna. Przydałyby się zapewne takie autobusy w całej Polsce. Jak czytam, że dzieci na Suwalszczyźnie, gdzieś na kresach wschodnich często idą wiele kilometrów do szkoły, przez las, nieoświetlonymi drogami, to po prostu włos mi się jeży na głowie. Jesteśmy jeszcze w jakimś strasznie zacofanym miejscu. Z jednej strony weszliśmy do Unii Europejskiej, z drugiej dzieci zimą, w szarugę, muszą pieszo iść pięć kilometrów do szkoły. To się w głowie nie mieści”.