Bydgoszcz: Zrzutka na kierowców po 10 groszy
Postulaty płacowe związkowców z MZK nie mogą być spełnione – uznały władze Bydgoszczy po dokładnej analizie finansowej firmy. – Niech miasto podniesie ceny biletów – odpowiadają pracownicy. Związkowcy, domagający się 300 zł brutto podwyżki, w środę po raz kolejny usłyszeli, że nie mają na to szans. – Sprawdziliśmy możliwości MZK i na podwyżki w tym roku można przeznaczyć 950 tys. zł, czyli średnio 94 zł miesięcznie na głowę. Żeby spełnić żądania kierowców, trzeba by mieć około 3 mln zł – wyjaśnia Lucyna Kojder-Szweda, zastępca prezydenta Bydgoszczy. Dodała, że miasto nie może w żaden sposób zaangażować się w pomoc protestującym związkowcom, bo MZK jest spółką prawa handlowego. – Możemy jedynie podpowiadać rozwiązania, ale ciężar tego problemu spada na szefostwo firmy, która w mojej opinii robi wszystko, żeby uratować spółkę – stwierdza. Takie stanowisko nie zadowala Andrzeja Arndta, przewodniczącego Związku Zawodowego Pracowników Komunikacji Miejskiej. Jego zdaniem miasto ma możliwości wyjścia z sytuacji. Dlatego będzie teraz domagał się renegocjacji umowy zawartej pomiędzy MZK a Zarządem Dróg Miejskich i Komunikacji Publicznej, tak, aby firma dostawała więcej pieniędzy za świadczone usługi. Zdaniem Arndta miasto mogłoby np. podnieść ceny biletów, żeby spełnić oczekiwania kierowców: – Bydgoszczanie mogą przecież poświęcić 10 gr więcej na bilet, żeby mieć pewność, że autobusem będą kierowali doświadczeni kierowcy. Kojder-Szweda odpowiada, że to nie wchodzi w rachubę, a żądania podwyżek cen biletów określiła jako propozycję science fiction. Związkowcy w piątek mają spotkać się z prezydentem Konstantym Dombrowiczem. Zaprosili na nie również wiceministra transportu Bogusława Kowalskiego. Władze miasta przekonują jednak, że nic nowego już nie mogą zaproponować. Arndt zapowiada zaostrzenie protestu. Najpierw manifestację pod ratuszem, później strajk.