Okiem związkowca: przepracowani kierowcy
Co jakiś czas warszawska prasa codzienna dzwoni na alarm. Przepracowani kierowcy autobusów, praca na czarno, niedozwolone praktyki konkurencji. Cyborgi za kółkami a może na narkotykach?
Do alarmów zawsze dochodzi po kontrolach Inspekcji Transportu Drogowego (ITD). Znów ktoś zapłaci niemałe kary, sprawa przycichnie i wszystko powróci do stanu sprzed kontroli. Do następnej kontroli. A dane są przerażające. W stolicy dochodzi miesięcznie do ponad 300 kolizji z udziałem autobusów. Dane mówią o wszystkich przewoźnikach. Także o tych, którzy obsługują linie podmiejskie wjeżdżające do centrum, ale także o autobusach należących do PKS. Jednak większość z nich powodują kierowcy autobusów obsługujący miejskie linie. Coraz częściej kolizje powodują kierowcy pracujący w konkurencji MZA –Michalczewski, Mobilis, PKS Grodzisk.. Jaka tego jest przyczyna? Najczęściej mówi się o przepracowaniu kierowców, podwójnej pracy w dwóch firmach. Nieco mniej i ciszej mówi się o niedostatecznym przygotowaniu kierowców do pracy. Ich nieznajomości tras, polskich warunków czy sprzętu, który obsługują. Szczególnie jest to widoczne w przypadku kierowców „z importu”najczęściej z Białorusi, Ukrainy. Inną sprawą jest chęć szybkiego zarobku przez nich, jak w przypadku kierowców z Ukrainy, pracujących ponad normę w PKS Grodzisk. Ale czy tylko chęć szybkiego zarobku? Czy nie dochodzi do tego jeszcze sprawa, –co właściwie ukraińscy kierowcy mają zrobić z czasem wolnym po pracy? Przy ich zarobkach trudno o godziwą rozrywkę. Zresztą i tak są w obcym, nieznanym i nie zawsze przychylnym im –kraju. Wiele rzeczy jest dla nich niezrozumiała. To lepiej już popracować dodatkowo, szczególnie, że pracodawca sprzyja im i pozwala na dodatkowe godziny pracy. Często nie informuje ich, że razem łamią prawo a i oni udają, że ich nie dotyczy polskie prawo. Zresztą, szczerze mówiąc to nawet nie mają się gdzie odwołać. Nikt nie pilnuje ich spraw pracowniczych. Nikt nie dba o ich warunki pracy. Nikt ich nie informuje o przysługujących im prawach. W przypadku firm prywatnych, gdzie nie działają związki zawodowe kierowcy czasami dobrowolnie zgadzają się na łamanie prawa. Nie zawsze tylko dla chęci zysku, ale czasami z innych powodów. Jednak głównym powodem są pieniądze. Te poza podatkiem, płacone „pod stołem”niemal po zakończeniu pracy. Taka praktyka prowadzona przez firmy prywatne, która staje się już niemal patologią warszawskiej komunikacji zachęca kolejne grupy kierowców do łamania prawa i tym samym szkodzenia nie tylko swemu zdrowiu, ale również narażaniu zdrowia pasażerów.
Wszyscy wiedzą, że na warszawskim rynku brakuje kierowców autobusów. Brakuje każdemu przewoźnikowi. Każdy stara się zachęcić i przyciągnąć do siebie tych, którzy się jeszcze wahają i tych, którzy chcą dodatkowo dorobić. Każdy różnymi metodami. MZA opieką socjalną, zdrowotną, licznymi przywilejami dla pracowników i ich rodzin, różnego rodzaju zapomogami i coraz częściej coraz wyższymi zarobkami i premiami. Właściwie oferta MZA, gdy weźmie się pod uwagę wszystkie składniki i zachęty jest chyba najbardziej atrakcyjna na warszawskim rynku. Żaden inny przewoźnik nie proponuje tylu rzeczy. Jednak proponuje, co innego, co staje się atrakcyjne dla kierowców MZA. Tą niewątpliwą atrakcją są szybkie i łatwe pieniądze. Szczególnie jak ma się zapewnioną opiekę pod każdym względem właśnie w MZA.
Ale czy można zabronić pracownikowi możliwości zarobienia dodatkowych pieniędzy? Ano nie można. Nie można, bo zabrania tego prawo. Ale również to prawo łamie inne prawa. Szczególnie pracownicze. Ciągle kulawe prawo o pracy prowadzących pojazdy nie wypracowało metod kontroli swych zapisów. Inną kulejącą sprawą jest brak odpowiednich przepisów dla kontroli pracodawców. Jak się okazuje ITD niewiele może zrobić. Ma za mało środków dyscyplinujących w postaci kar.
Inna sprawą jest również kulejące prawo o zamówieniach publicznych, przetargach na wykonywanie usług transportowych. Prawo, w którym nie ma zapisów, że każdy oferent powinien wykazać się, oprócz taboru, odpowiednią ilością kierowców, którzy mają zabezpieczenie socjalne, prawne, u którego działa związek zawodowy a jak już nie działa to przynajmniej Rada Pracowników pilnująca spraw pracowniczych. Skoro ma być równość startujących w przetargu, to niech faktycznie będzie. A kto powinien o to zadbać? Na pewno, bez wątpienia ten-, kto ogłasza przetarg. Ale szczerze mówiąc, gdyby o to zadbał, to prawdopodobnie na warszawskim rynku do przetargu nie przystąpiłby nikt poza MZA. No, może PKS, ale ten nie jest zainteresowany deficytowymi przewozami i licznymi utrudnieniami w postaci kontroli na warszawskich ulicach. Gdyby prywatni zapewnili taką samą opiekę nad pracownikiem, jaka zapewnia MZA, prawdopodobnie szybko by zrezygnowali ze świadczenia usług podobnie jak zrobił to Conex.
Czyli jak widać sprawa nie jest prosta –jednak nie znaczy to, że nie jest do załatwienia. Aby ją załatwić, potrzeba spotkania na kilku szczeblach. Na różnych płaszczyznach. Począwszy od płaszczyzny pracowniczej związkowej, poprzez płaszczyznę pracodawców i zleceniodawców. Musi to być wspólnie wypracowane porozumienie. Korzystne dla wszystkich zainteresowanych. Kto to ma zrobić? Prawdopodobnie najszybciej i najskuteczniej, jak wykazuje dotychczasowe doświadczenie, zrobią to związki zawodowe. Te jednak muszą się dogadać w tej sprawie i wystąpić wspólnie. Czy aby wszyscy będą tym zainteresowani?
Jakby nie patrzeć, ktoś musi w tej sprawie powiedzieć pierwsze „A”i konsekwentnie brnąć do końcowej litery „Z”oznaczającej –zakończenie sprawy z pożytkiem dla wszystkich. Dla pracowników, pracodawców, zleceniodawców. Wówczas być może ITD nie będzie musiało kontrolować kierowców i martwić się o ich przepracowanie. Podobnie i pracodawcy będą naprawdę konkurować miedzy sobą na uczciwych zasadach. Będzie to także z pożytkiem dla pasażerów, choć w tej walce o każdy wzkm pomiędzy firmami nie zawsze jest ważne bezpieczeństwo pasażerów i kierowcy. Przynajmniej w firmach prywatnych, dla których liczy się tylko zysk a człowiek, to tylko mechanizm obsługujący inny większy mechanizm.