Warszawa: Czas ucieka, metro czeka (na zegary)
Niektórzy otwierali już szampana na wieść o tym, że zegary na stacjach metra wreszcie przestaną działać na opak. Miały podawać, ile minut zostało do przyjazdu następnego pociągu. Wygląda na to, że na taki wynalazek przyjdzie jeszcze warszawiakom poczekać. Wczoraj Metro Warszawskie podzieliło się informacją, jak ciężko wprowadzić urządzenia, które sprawdzają się w większości podziemnych kolei na świecie. Tam wystarczy spojrzeć na stacyjne zegary i już wiadomo, kiedy będzie pociąg. U nas pasażerowie dostają mało praktyczną informację, jak dawno pociąg odjechał. System, który jest ewenementem, dostarcza mnóstwo radości przyjezdnym. Dowcipy opowiada o nim znany komik i aktor Steffen Moeller. Kiedy w październiku zeszłego roku Metro ogłosiło w końcu wymianę zegarów, powiedział 'Gazecie’, że to będzie rewolucja. A współautor polityki transportowej Warszawy prof. Wojciech Suchorzewski był za nią gotów wypić szampana. – Wreszcie przestaniemy się niekorzystnie wyróźniać na tle innych miast – podkreślał. Od tamtej pory rewolucja – i to połowiczna – dokonała się jednak tylko na stacji Plac Wilsona. Powieszono tam nowe monitory. Pokazują, czy odjeżdża właśnie pociąg do Kabat, i ile trzeba czekać na wahadłowy skład do pobliskiej stacji Marymont. Jest jedynym, który dociera do najnowszego przystanka metra i o godzinach jego odjazdu też informują tam nowoczesne zegary. A co z pozostałymi? Rzecznik Metra Grzegorz Żurawski powiedział nam, że gdyby można było, ot tak, pójść po nie do sklepu, już dawno zostałyby kupione. Producenta zegarów zamiast na zakupach urzędnicy muszą jednak szukać w przetargu. A ten na wiele tygodni zablokował protest jednej z firm. Teraz o kontrakt walczy czterech dostawców. Dopiero pod koniec lipca dowiemy się, ile żądają pieniędzy. Na zamontowanie wszystkich zegarów Metro daje kolejne pół roku od podpisania umowy.