Katowice: Codzienne ryzyko
Mamy ambicje jeżdżenia mercedesami, ale w komunikacji publicznej na Śląsku poruszamy się trabantami. Dowodzi tego stan techniczny autobusów i tramwajów, które dowożą nas do pracy. W ciągu minionych 20 lat nie znaleziono pieniędzy na wymianę zarówno taboru, jak i torowisk.Tylko mistrzostwu kierowców przestarzałych węgierskich ikarusów i wprawie motorniczych tramwajów zawdzięczamy, że do tej pory nie doszło do wypadku komunikacyjnego na niespotykaną skalę.
Ostatnio tramwaj w odstępie kilkunastu dni dwukrotnie uderzył w słup wiaduktu w centrum Katowic. Bo tory były krzywe. Oznacza to, że z pierwszego wypadku nikt nie wyciągnął wniosków i naraził ludzi na kolejną kolizję. W cywilizowanym świecie takim zaniedbaniem zająłby się prokurator, ale u nas przechodzi się nad tym do porządku dziennego. Wiadomo, sieć tramwajowa jest w opłakanym stanie, więc kogo się czepiać?
Od kilku miesięcy Tramwaje Śląskie są własnością samorządów. Prezydenci miast, zamiast dbać o ich modernizację, czekają na pieniądze z UE, bo uważają, że to Bruksela powinna płacić za sieć komunikacji w naszym regionie.
W tym samym czasie urzędy miejskie zatrudniają kolejnych pracowników i anektują kolejne budynki. Gdyby choć część pieniędzy prezydenci przeznaczali na komunikację publiczną, a nie rozbudowę administracji, to dzisiaj, podobnie jak w Wiedniu czy Berlinie, jeźdzlibyśmy szybkimi i bezpiecznymi autobusami i tramwajami, a nie ryzykowali życie w zabytkach myśli technologicznej.