Najnowsze w Infoship
Brakuje najnowszych.

Malbork: Mieszkańcy i pracownicy MZK pytają o sens prywatyzacji malborskiego przewoźnika

infotrans
04.07.2008 12:30

Około 40 osób uczestniczyło w publicznej debacie na temat planów prywatyzacji Miejskiego Zakładu Komunikacji Sp. z o.o. w Malborku. Losem spółki zainteresowani byli jej pracownicy i mieszkańcy miasta. Burmistrz Malborka zapewnił uczestników spotkania, że prywatyzacja nie odbędzie się, jeśli naruszyłaby ona interes tych dwóch grup społecznych.
Spotkanie burmistrza Malborka Andrzeja Rychłowskiego i Andrzeja Zawiszy, prezesa Miejskiego Zakładu Komunikacji, z mieszkańcami i pracownikami spółki poświęcone było głównie rozmowom na temat zamiarów prywatyzacyjnych miasta.
Malborczycy dzielili się spostrzeżeniami dotyczącymi obecnego funkcjonowania przewozów w mieście. Wytykali brak synchronizacji połączeń na kilku liniach, niekorzystne zmiany w rozkładzie jazdy, z którymi zmagają się od początku maja, likwidację niektórych linii, a także brak wieczornych połączeń, zwłaszcza między przystankami przy dworcu PKP a Osiedlem Południe. W odpowiedzi usłyszeli, że spowodowane jest to szukaniem oszczędności na liniach, na których jeździ mało pasażerów, lub pracami budowlanymi w mieście, które sprawiły, że pewne linie musiały zostać wstrzymane.
– Zmiana godzin kursowania autobusów już nie polega teraz na wymianie kartki na przystanku. Każdą zmianę musi zatwierdzić Inspekcja Transportu Drogowego, bo potrzebna jest za każdym razem pieczątka urzędowa – wyjaśniał Andrzej Zawisza.
Mieszkańcy chcieli wiedzieć, czy prywatyzacja w ogóle jest potrzebna. Jeden z uczestników debaty słusznie zasugerował, że problemy finansowe, z jakimi zmaga się MZK, nie są winą zakładu, a ulg, które uchwaliła przed laty Rada Miasta Malborka. Magistrat z tego tytułu dopłaca zakładowi ok. 1 mln zł, ale jak stwierdzili sami pracownicy, aby pokryć straty powodowane przez ulgi, miasto musiałoby wyłożyć rocznie ok. 3,5 mln zł.
– To nie dopłata, to zapłata za wprowadzenie ulg – prostował jeden z malborczyków.
Mieszkańcy pytali też, czy po ewentualnej prywatyzacji nie stracą obowiązujących obecnie zniżek.
– Jednym z warunków prywatyzacji jest utrzymanie ulg – uspokajał Andrzej Rychłowski.
A jeśli zniżki będą utrzymane, to miasto i tak będzie musiało przekazywać pieniądze inwestorowi, który przejmie MZK.
– Czy pan uważa, że gdybyśmy my dostali dopłatę w odpowiedniej wysokości, to źle byśmy ją zagospodarowali? – dopytywał burmistrza jeden z pracowników MZK.
– To lepiej dopłacać obcemu, zamiast swojemu? – dziwił się mieszkaniec. Prezes MZK potwierdził, że obecna dopłata od miasta pokrywa ok. 30 procent wartości strat spowodowanych przez wprowadzenie nieustawowych ulg, a pełne dofinansowanie pozwoliłoby na dobre funkcjonowanie zakładu w obecnej strukturze.
– To nie jest możliwe, trzeba podejść do tej sprawy bez uprzedzeń – odpowiadał burmistrz Rychłowski.
Włodarz zapewnił mieszkańców i pracowników, że prywatyzacja nie odbędzie się ich kosztem. Pracownicy uczestniczą w pracach komisji, która negocjuje z inwestorami, odbywają się publiczne debaty i nic nie dzieje się za ich plecami. Burmistrz dał do zrozumienia, że prywatyzacja nie jest jedynym wyjściem. Jeśli do niej nie dojdzie, trzeba będzie szukać innego rozwiązania, bo MZK „to ostatnia bolączka miasta”.
– Kłopoty firmy są spowodowane nawarstwianiem się różnych spraw od ośmiu lat. Obecna wysokość dopłaty jest jednym z głównych czynników tego stanu, ale nie najważniejszym – mówił włodarz.
Na złą sytuację ekonomiczną ma wpływ też m.in. przestarzały tabor, wzrost cen paliw. Po prywatyzacji byłoby to już zmartwienie prywatnego inwestora, który będzie musiał sprostać prawom rynku.
– To się odbije na mieszkańcach, bo prywatna firma będzie nastawiona na zysk – przestrzegał uczestnik debaty. – Może autobusy będą ładniejsze, ale to my za nie zapłacimy.
Na debacie pojawił się też Jan Tadeusz Wilk, poprzedni burmistrz Malborka, który zasugerował, by zwrócić szczególną uwagę na wartość majątku, jakim dysponuje zakład, podczas ewentualnego przekazywania go inwestorowi. Były włodarz życzył następcy „mądrej decyzji”. Poruszył też inne kwestie, niezwiązane z tematem dyskusji, ale burmistrz Rychłowski nie chciał za bardzo odnosić się do nich. Stwierdził natomiast, że dziwią go te rady, zwłaszcza że jego poprzednik miał cztery lata, by rozwiązać problem MZK.
Debata w sprawie prywatyzacji Miejskiego Zakładu Komunikacji odbyła się w terminie, w którym na polu bitwy pozostało dwóch inwestorów zainteresowanych przejęciem majątku MZK i kontynuowaniem jego przewozowych zadań. Przedstawiciele tych dwóch firm – Nord Express i PUH Latocha – również wzięli udział w spotkaniu i mieli nawet okazję przedstawić swoją wizję funkcjonowania zakładu. Ogólnie, bo na zdradzenie szczegółów nie pozwalają owiane tajemnicą negocjacje z zespołem ds. przeprowadzenia prywatyzacji.
O ile prezes firmy Nord Express już wcześniej zorganizował spotkanie dla mediów, gdzie przedstawił swoje plany (o nich piszemy niżej), to właściciel drugiej – Tomasz Latocha – po raz pierwszy mógł opowiedzieć o swoich zamiarach. Jako swój cel, po ewentualnym sukcesie i przejęciu MZK, podał m.in.: dopasowawanie kursów tak, by nie kolidowały z odjazdami innych autobusów i pociągów, unowocześnienie taboru. Na trasach mniej obciążonych pasażerami pojawić miałyby się mniejsze pojazdy, co pozwoliłoby utrzymać, a może nawet zwiększyć częstotliwość kursów. Tomasz Latocha przyznał też, że tutejszy rynek interesuje go nie tylko z powodu miasta, ale i okolicznych miejscowości, bo chciałby też prowadzić działalność podmiejską. 2-3 lata po prywatyzacji miałby zostać wprowadzony bilet elektroniczny, który uprościłby korzystanie z transportu miejskiego.
Debatę poświęconą planom prywatyzacyjnym MZK zorganizowały malborskie stowarzyszenia MC Kwadrat i Reks.
Nord Express dzieli się swoimi zamiarami wobec komunalnej spółki:
Firma Nord Express z Dębnicy Kaszubskiej k. Słupska, obecna na tamtejszym rynku komunikacji masowej, zdradziła nam część swoich planów wobec MZK Malbork Sp. z o.o. Co by było, gdyby to ona została nowym właścicielem? Czy też – współwłaścicielem?
W ubiegły piątek PUH Latocha i słupski przewoźnik złożyli w Urzędzie Miasta Malborka swoje oferty z wizją zmian, jakie by wprowadzili po ewentualnej prywatyzacji MZK.
– Przedstawiliśmy kilka wariantów, by pokazać, że jesteśmy elastyczni i pozostajemy otwarci. Wszystkie sprowadzają się do tego, że powstaje całkiem nowa spółka – mówi Piotr Rachwalski, prezes Nord Expressu. W jednym z wariantów NE proponuje wejście w spółkę z miastem. Samorząd wniósłby do nowego podmiotu obecną firmę ze wszystkim, co ona ma (tabor, grunt), również ze zobowiązaniami.
– A my aportem wnosimy nowszy tabor i wkład gotówkowy, żeby od razu wyprostować pewne sprawy w finansach – dodaje Rachwalski. – Chcemy, by w ciągu dwóch lat firma miała tutaj swoją spokojną pozycję.
Wejście Nord Expressu pociągnęłoby za sobą, jak mówią przedstawiciele tego przewoźnika, dostosowanie taboru do potrzeb miasta. Autobusy miałyby być sukcesywnie wymieniane;po części odbyłoby się to w krótkim okresie po prywatyzacji (jeśli do niej dojdzie). Na samym początku NE planuje wycofać najstarsze autosany i jelcze. Nowy tabor pochodziłby z leasingu, a tworzyłyby go niskopodłogowe autobusy światowych marek, np. Mercedes, MAN, Opel. W nich zostałby zamontowany system monitoringu.
– Ufamy, że kamery miałyby wpływ na bezpieczeństwo pasażerów i kierowców, ale byłyby też dla nas narzędziem do weryfikacji taboru i potrzeb komunikacji miejskiej – tłumaczy Rachwalski. NE ma plany również wobec przystanków.
– Na pewno musielibyśmy uporządkować tę kwestię. Przystanki są „wrzucone”do MZK, a tak naprawdę ich utrzymanie to ustawowy obowiązek gminy – mówi prezes.
Przedstawiciele Nord Expressu spędzili w MZK trzy dni. Otrzymali na to zgodę burmistrza i prezesa komunalnej spółki. Przyjrzeli się funkcjonowaniu zakładu, spotkali się z załogą.
– Pracownicy są skarbem, kapitałem tego przedsiębiorstwa. I tak planowaliśmy inwestycję w tym regionie. Co to za problem wydzierżawić plac i wziąć autobusy w leasing? Ale problemem jest brak ludzi do pracy. Skąd wziąć 20 doświadczonych kierowców? Tłumaczyliśmy, że nam zależy na tej załodze – opowiada Rachwalski. – Ujęło mnie to, że załoga naprawdę jest przejęta sytuacją, w jakiej znalazła się firma.
Pytania o pensje i gwarancje zatrudnienia wcale nie padły jako pierwsze. Ale musiały się pojawić.
– Na pewien czas dajemy gwarancję zatrudnienia. Jest to okres dłuższy niż krótszy – mówi dyplomatycznie szef NE. – Co do wysokości zarobków, znamy obecną ogólną wartość kosztów osobowych w MZK. Dzieląc to na liczbę pracowników, średnie nie wychodzą wysokie. Jesteśmy w stanie to poprawić, a będzie to oczywiście uzależnione od tego, czy komuś chce się pracować, czy nie. Będziemy dążyć do uzyskania pensji przyzwoitych w skali regionu. Mam na myśli Malbork i okolice, a nie Trójmiasto.
Obecnie MZK może tylko pomarzyć o tym, by miasto w 100 procentach refundowało mu stratę, jaką firma ponosi w związku z ulgowymi i bezpłatnymi przejazdami. Nord Express zakłada jednak, że samorząd będzie pokrywać koszty nieustawowych ulg w większym stopniu niż obecnie.
– Przy refundacji nawet, tu ukłon w stronę miasta, mniejszej niż 100 procent, na tę sieć połączeń, która obecnie jest w Malborku, powinno wystarczyć – mówi Piotr Rachwalski. – Chcemy tu z komunikacji miejskiej zrobić perełkę. Pokazać, że w takim mieście jest to możliwe. Tylko że nie ma nic za darmo. Jako spółka prawa handlowego, nie możemy robić nic w założeniu ze stratą. Nigdzie na świecie komunikacja miejska sama się nie finansuje. To jest luksus, usługa społeczna. Miasto nam to zleca – my będziemy wykonawcą. Oczywiście, jeśli to my będziemy inwestorem.