Szansa na czystsze rzeki i Bałtyk. Wody Polskie kontrolują nielegalne przyłącza ściekowe
Większość obszaru Polski jest podłączona do kanalizacji, cała reszta ma obowiązek posiadać szczelne szamba lub przydomowe oczyszczalnie ścieków. Teoretycznie już od 2015 roku niemal wszystkie polskie rzeki, potoki i strumyki powinny być krystalicznie czyste, a Wisła w Krakowie czy Odra we Wrocławiu powinna się nadawać do kąpieli. Dobrze jednak wiemy, że tak nie jest, gdyż do tej pory administracja wodna przymykała oko na nielegalne przyłącza ścieków. Teraz to się ma zmienić – kilka ważnych instytucji zjednoczyło wysiłki i zabrało się na poważnie za walkę z nielegalnymi wpustami.
O sprawie poinformowały Wody Polskie. 6 grudnia w Warszawie odbyła się też konferencja prasowa z udziałem Minister Klimatu i Środowiska Anny Moskwy, wiceministra infrastruktury, Prezesa PGW Wody Polskie Przemysława Dacy oraz Michała Mistrzaka, p.o. Głównego Inspektora Ochrony Środowiska, na której omówiono już podjęte działania i przekazano plany na przyszłość.
Współpraca kilku instytucji na rzecz czystych rzek i kąpielisk
Wody Polskie, Ministerstwo Infrastruktury, Ministerstwo Klimatu i Środowiska oraz Główny Inspektorat Ochrony Środowiska podejmują wspólne działania na rzecz czystości polskich rzek. 13 października Wody Polskie rozpoczęły kontrole kilkudziesięciu podmiotów, które posiadały, a obecnie nie mają aktualnych pozwoleń wodno-prawnych na wyloty do rzek.
– Ścisła współpraca Wód Polskich i Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska pozwoli zarówno na lepszy monitoring wody, jak i na lepszą interwencję w sytuacjach kryzysowych, w sytuacjach naruszenia prawa. Chcemy nie tylko zapobiegać, ale również karać tych, którzy zanieczyszczają wody w Polsce. Dziękuję za tę inicjatywę i mam nadzieję na szybkie owoce tej współpracy – mówiła minister Moskwa.
Wody Polskie zidentyfikowały do tej pory ponad 20 tys. wylotów do rzek, z czego ok. 7 tys. nie posiada aktualnych pozwoleń wodno-prawnych lub ich właściciel nie jest znany.
– Warto nadmienić, że ze względu na nielegalne zrzuty w tym roku, niemożliwe było organizowanie kąpielisk na Wiśle. Niezwykle ważne jest dla nas, by nie tylko wprowadzać sankcje, ale dać szansę właścicielom wylotów na ich zalegalizowanie, żeby powstrzymać proceder zanieczyszczania polskich rzek. Tylko 10% rzek w Polsce ma stan ekologiczny dobry albo bardzo dobry, 60% umiarkowany, a 30% słaby lub zły – podkreślił minister Gróbarczyk.
Celem kontroli, jakie zostały podjęte, jest nakłonienie właścicieli do legalizacji urządzeń – wówczas jest możliwość sprawdzenia, w jakiej ilości i jakie substancje dostają się do rzek. Jest to kolejny etap działań, który poprzedziła weryfikacja terenowa wylotów do rzek i analiza posiadanej dokumentacji.
– Widzimy już efekt przeprowadzonych kontroli, podmioty z nami współpracują. Pięciokrotnie zwiększyła się ilość legalizowanych w Wodach Polskich urządzeń. Chcemy zaapelować do przedsiębiorców, że jest to ostatni moment, dlatego prosimy, by jak najszybciej zalegalizować wyloty. Nasze działania we współpracy z GIOŚ przenoszą się w teren – mówił Przemysław Daca, Prezes PGW Wody Polskie.
Wciąż zbyt dużo ścieków
Kontrole, które rozpoczęły się 13 października br., prowadzone były we wszystkich RZGW. Sprawdzono łącznie 121 wylotów, z czego 37 nie miało aktualnej dokumentacji. 90 % kontroli dotyczyło wylotów urządzeń kanalizacyjnych – w tym ściekowych i deszczowych, przelewów burzowych. Najwięcej wylotów do rzek – bez aktualnej dokumentacji – znajduje się na terenie Małopolski, Dolnego Śląska, Mazowsza i Śląska.
Współpraca pomiędzy jednostkami Wód Polskich, Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska oraz Wojewódzkich Inspektoratów Ochrony Środowiska ma zwiększyć skuteczność działań tych instytucji. Celem jest poprawa jakości wód w Polsce, a legalizacja urządzeń umożliwi skuteczniejszą kontrolę. Od 2022 roku planowane jest wprowadzenie kontroli ciągłych.
Wśród powodów zanieczyszczenia polskich rzek wymienia się m.in. skażenia biogenami rolniczymi, ściekami przemysłowymi i bytowymi oraz odpady (w tym substancje ropopochodne i plastik). Jak zaznaczył Prezes Przemysław Daca, Wody Polskie stoją na straży czystych rzek. Wody Polskie informują inspektoraty ochrony środowiska o podjętych działaniach, a w sytuacjach wymagających interwencji także zawiadamiana jest policja. O kontrolach na danym terenie informowane są również samorządy.
Ramowa Dyrektywa Wodna. Od 2015 roku mieliśmy mieć czyste rzeki
W okolicach roku 2006-2008 wiele osób interesujących się sprawami wodnymi z nadzieją patrzyło na wówczas nowy dokument, jakim była Ramowa Dyrektywa Wodna UE. Ta nałożyła na państwa członkowskie bardzo ambitny cel, jakim miało być osiągnięcie dobrego stanu wód (w skrócie takiego, że można się w nich kąpać) do roku 2015. Były to lata zaraz po wejściu w 2004 roku do UE, Polacy z entuzjazmem podchodzili do różnych ambitnych wyzwań związanych z integracją europejską, zwłaszcza że wcześniej w błyskawicznym stopniu udało się nam przeprowadzić transformację od biednego kraju komunistycznego do członka Unii Europejskiej. Z perspektywy 2007 roku, rok 2015 wydawał się z jednej strony odległy (8 lat), z drugiej – wciąż nie była to jakaś abstrakcyjna daleka przyszłość.
Polska aktywnie korzystała z funduszy unijnych na budowę oczyszczalni, kanalizacji i inne działania i wydawało się, że czyste rzeki w roku 2015 to zadanie co prawda ambitne, ale realne. Teoretycznie 2015 rok miał być tym, w którym prawie nikt (przewidziano bowiem pewne wyjątki) nie mógł już spuszczać nieoczyszczonych ścieków do wód. Wisła powinna być tak czysta, że w Krakowie w centrum miasta powinny być już od kilku lat kąpieliska, ograniczeniem w kąpieli powinny być jedynie kwestie niebezpiecznego nurtu rzeki i ryzyka utonięcia, ale nie czystości. Od roku 2015 minęło już sporo czasu, a kąpiel w Wiśle pod Wawelem czy w Odrze we Wrocławiu wciąż jest totalną abstrakcją. Co poszło nie tak i czy tak musiało być?
Obserwując inne duże rzeki w centrach zachodnioeuropejskich miast można z pewnością stwierdzić, że brudna Wisła i Odra to raczej europejski wyjątek, niż reguła. Dunaj w Wiedniu i Bratysławie są na tyle czyste, że spokojnie nadaje się do kąpieli. W samym centrum nie ma plaż tylko ze względu na niebezpieczny nurt, a nie na czystość. Ludzie kąpią się natomiast w Dunaju poniżej Bratysławy, na wschodnich obrzeżach miasta, w miejscu gdzie rzeka rozlewa się tworząc duże sztuczne jezioro, spiętrzone przez stopnie wodne Čunovo i Gabčíkovo.
Rzeka Kacza w Gdyni i Prądnik w Krakowie. Obie są ściekiem już u samego źródła
We wspomnianych już latach 2006-2008 trójmiejskie samorządy mocno zaangażowały się w działania na rzecz czystszej Zatoki Gdańskiej, likwidując źródła zanieczyszczeń małych trójmiejskich potoków. Mowa m. in. o gdyńskiej rzece Kacza wpadającej do morza w Orłowie, potoku Swelina który tworzy granicę między Gdynią a Sopotem oraz Potoku Jelitkowskim, przepływającym m. in. przez gdańską Oliwę i Jelitkowo. Te niepozorne potoki potrafiły tak zanieczyścić przybrzeżne wody Zatoki Gdańskiej, że w sezonie letnim permanentnie powodowały eutrofizację (użyznienie) jej wód, a w konsekwencji – zakwit sinic. Sezon turystyczny nad morzem i tak jest krótki, to raptem niecałe trzy miesiące, gdy woda jest na tyle ciepła, że można się kąpać. A i to na nic, bo we wspomnianych latach bywało i tak, że większość dni plaże były zamknięte, właśnie z powodu zakwitu sinic.
Dziś jest z tym już dużo lepiej, właśnie ze względu na „wojnę”, jaką trójmiejskie samorządy wydały wtedy nielegalnym przyłączom. Na lokalną skalę w Trójmieście zrobiono wówczas to, co teraz zaczynają robić Wody Polskie we współpracy z innymi rządowymi instytucjami.
Oprócz likwidacji źródeł ścieków, na trójmiejskich potokach powstały również filtry, które wyłapują śmieci oraz substancje biogenne. Ich najprostszą formą są niewielkie zbiorniki wodne z kratownicami, takimi jak na gdyńskiej rzece Kaczej – na zdjęciu z 2006 roku. Na gdyńsko-sopockim granicznym potoku Swelina w jego ujściowym odcinku zbudowano filtr piaskowy. Na rzekach tworzone są różnego rodzaju eko-filtry w formie imitującej bagna i rozlewiska, stwarzając tym samym warunki do samooczyszczenia się rzek, a zwłaszcza do przechwycenia przez rośliny materii organicznej, tak by nie użyźniała ona Bałtyku.
O ile jednak taka świadomość występuje w żyjącym z turystyki nadmorskiej Trójmieście, to w głębi kraju samorządy częściej przechodzą do zanieczyszczeń rzek jak do oczywistości, z którą nie trzeba walczyć. Przykładem są dwie przepływające przez Kraków rzeki – Prądnik (Białucha) i Dłubnia. Pierwsza ma źródła w Ojcowskim Parku Narodowym i już na tym obszarze jest de facto ściekiem. Druga podobnie, ściekiem jest już w źródliskowym odcinku na obszarze Dłubniańskiego Parku Krajobrazowego.
Nie mówimy tu przy tym o Przemszy czy Górnej Odrze, których zanieczyszczenia można jeszcze zrozumieć, rzeki te przepływają bowiem przez obszar silnie zdegradowany przez przemysł. Jeżeli jednak małe rzeki i potoki są już zanieczyszczone u źródła, na terenie parku narodowego lub parku krajobrazowego, z pewnością coś tu nie zadziałało.
Jakub Łoginow
Komentarze