Witamy na stronie Transinfo.pl Nie widzisz tego artykułu, bo blokujesz reklamy, korzystając z Adblocka. Oto co możesz zrobić: Wypróbuj subskrypcję TransInfo.pl (już od 15 zł za rok), która ograniczy Ci reklamy i nie zobaczysz tego komunikatu Już subskrybujesz TransInfo.pl? Zaloguj się

Pasażerowie pchający autobus – jako symbol zimy stulecia w Polsce. W 1979 roku

infotrans
11.01.2026 16:03
0 Komentarzy

„Nam nie trzeba Bundeswehry, bo wystarczy minus cztery” – kpili Polacy z bezradności władz wobec mrozu i śniegu. A rząd mówił o zimie stulecia i apelował o dodatkowe wydobycie węgla.

Najsłynniejsza, ale nie najbardziej mroźna „zima stulecia” przydarzyła się w powojennej Polsce na początku 1979 r.: stanęły pociągi, zamknięto wiele zakładów, a auta utknęły w śnieżnych zaspach nawet w centrum Warszawy. Do legendy przeszło zrobione w tamtym czasie tuż przed hotelem Bristol zdjęcie, na którym widać grupę Warszawiaków pchających miejski autobus. Wykonał je fotoreporter PAP Andrzej Rybczyński.

Rozkład jazdy:

  1. W którym roku miała miejsce najsłynniejsza powojenna „zima stulecia” w Polsce, podczas której pchano autobus przed hotelem Bristol?
  2. Jaką temperaturę odnotowano w Suwałkach podczas zimy na przełomie 1978 i 1979 roku?
  3. W którym mieście w 1963 roku do odśnieżania ulic użyto czołgów?
Zima stulecia w Polsce przydarzyła się nieraz – czasami wystarczyło zaledwie kilka stopni mrozu
Zima stulecia w Polsce przydarzyła się nieraz – czasami wystarczyło zaledwie kilka stopni mrozu / fot. NAC

Symboliczne zdjęcie

Klęska zaczęła się ostatniego dnia starego roku od gwałtownych opadów śniegu. Sypało przez całą noc sylwestrową, a w dodatku obniżyła się temperatura. W Warszawie termometry wskazywały minus 21 stopni, a np. w Suwałkach i na Podlasiu – minus 26.

W całej Polsce trwała śnieżyca oraz śnieżne zadymki. Wiatr wywołany różnicą ciśnień między wyżem znad Skandynawii, a niżem przechodzącym nad południową Polską osiągał ponad 50 km na godz. Z tego powodu zaledwie udało się odśnieżyć jakiś odcinek drogi, zaraz pokrywał się on nową warstwą. Najgorzej było na północy. Na Bałtyku siła wiatru dochodziła tam do 11 st. w skali Beauforta, przez co zamarł ruch w porcie gdańskim. Pomimo 20-stopniowego mrozu pracował za to port w Szczecinie. Półwysep Helski i rejon Pucka w ogóle zostały odcięte od reszty kraju.

Centralny Zarząd Dróg Publicznych informował o wyłączeniu z ruchu 36 tys. km dróg, ale w tym rejestrze nie uwzględniono dróg lokalnych. Wysokość pokrywy śnieżnej sięgała w niektórych miejscach trzy metry.

„Setki autobusów i samochodów osobowych ugrzęzło w zaspach” - informowało „Życie Warszawy”.

Śnieg zasypał rozjazdy szynowe, zwrotnice i inne urządzenia kolejowej infrastruktury. Zamarzły urządzenia stacyjne. Pękały szyny i przewody trakcyjne. Pociągi miały kilkunastogodzinne opóźnienia. Odwołano ok. ośmiuset połączeń pasażerskich. Ministerstwo Komunikacji przyznało priorytet składom towarowym wiozącym węgiel i mazut do elektrociepłowni. Na drogach najważniejszymi pojazdami stały się pługi i ściągnięte z placów budowy spychacze używane do usuwania śniegu.

Reżysera Filipa Bajona zima zastała w podróży do Łodzi i zainspirowała do nakręcenia filmu „Bal na dworcu w Koluszkach” – historii o perypetiach pasażerów unieruchomionego przez zaspy pociągu.

Władze, które przez poprzednie lata chwaliły się, że Polska stała się przemysłową potęgą, okazały się bezradne: ludzie marzli w nieogrzewanych mieszkaniach (o tym w prześmiewczy sposób opowiedział w jednej ze scen „Misia” Stanisław Bareja), trzeba było zamknąć szkoły i przedszkola, a także wiele zakładów.

Zima stulecia w Polsce przydarzyła się nieraz – czasami wystarczyło zaledwie kilka stopni mrozu / fot. NAC
Zima stulecia w Polsce przydarzyła się nieraz – czasami wystarczyło zaledwie kilka stopni mrozu / fot. NAC

Dowodem na powagę sytuacji było np. na to, że rząd zebrał się na nadzwyczajnym posiedzeniu już w Nowy Rok, a w niektórych województwach ogłoszono stan klęski żywiołowej. Problem polegał na tym, że wielu decyzji – np. obowiązek zapewnienia stałego dopływu ciepła do mieszkań - nie można było wprowadzić w życie. Elektrociepłownie pracowały wprawdzie na pełnych obrotach, choć w niektórych węgiel zamarzł na zwałach, ale na niewiele to się zdało. Kaloryfery w blokach były w najlepszym wypadku letnie, bo znaczna część ciepła marnowała się po drodze. Dała bowiem znać o sobie zła jakość prac budowlanych i montażowych.

Rządowi pozostało więc głównie apelować i prosić: o oszczędzanie energii, o pomoc w odśnieżaniu i zabezpieczanie mieszkań przed ubytkami ciepła. Wykonanie tej ostatniej prośby nie było jednak proste, gdy sporo ciepła uciekało przez wykonane z prefabrykatów ściany bloków.

Jak ponury żart został przez wielu mieszkańców Górnego Śląska przyjęty apel wojewody katowickiego, by kierowcy prywatnych samochodów korzystali z komunikacji miejskiej. Po pokrytych grubą warstwą śniegu ulicach autobusy kursowały bowiem rzadko, a o punktualnym dotarciu do pracy trudno było marzyć.

W telewizyjnych relacjach (monopol na nie miało państwo, bo prywatnych stacji nie było) zaroiło się od słów o „walce”, „ataku” oraz „mobilizacji”, co sprawiało wrażenie jakby wybuchła wojna. Po Polsce zaczęła więc krążyć rymowanka „Nam nie trzeba Bundeswehry, bo wystarczy minus cztery”.

W gazetach, które z powodu kłopotów z dostarczeniem odpowiedniej ilości papieru ukazywały się w zmniejszonej objętości, pokazywano odśnieżających drogi żołnierzy i milicjantów, a na Śląsku superbohaterami stali się górnicy, którzy obiecywali wydobyć dodatkowe tony węgla i narzekali tylko na to, że kolej nie nadąża z podstawianiem wagonów.

„Ludzie rzetelnej pracy wielkoprzemysłowego regionu ofiarnie i wytrwale przełamują trudności, jakich przysparza trwający atak zimy. Górnicy, energetycy, transportowcy, pracownicy służb komunalnych, żołnierze LWP, funkcjonariusze MO, ORMO-wcy, a także młodzież studencka i harcerze od wielu dni koncentrują wysiłek, by jak najlepiej wykonać przypadające każdemu zadania planowe i obowiązki obywatelskie — dostarczyć tak potrzebnych krajowi surowców i wyrobów, zapewnić naszym miastom i wsiom w miarę normalne warunki życia” – pisał autor reportażu w „Trybunie Robotniczej”, organie prasowym katowickiego Komitetu Wojewódzkiego PZPR.

Cenzurą objęte były wiadomości o śmiertelnych ofiarach mrozu. Według oficjalnych danych było ich czternaście.

Na szczęście po kilku dniach, już 6 stycznia, mrozy nieco zelżały. Za to w połowie lutego znów obficie spadł śnieg – w stolicy było go aż 70 cm.

Zima stulecia w Polsce przydarzyła się nieraz – czasami wystarczyło zaledwie kilka stopni mrozu / fot. NAC
Zima stulecia w Polsce przydarzyła się nieraz – czasami wystarczyło zaledwie kilka stopni mrozu / fot. NAC

1963 rok

Poprzednia „zima stulecia” zdarzyła się w Polsce zaledwie siedemnaście lat wcześniej – w styczniu i lutym 1963 r. Pierwsze doniesienia o obfitych opadach śniegu przyszły z Wielkiej Brytanii, gdzie z tego powodu doszło do katastrofy kolejowej. W zderzeniu dwóch pociągów na trasie Liverpool — Birmingham zginęło 18 osób, a 60 zostało rannych. Kilkunastostopniowy mróz nawiedził z kolei w Szwajcarii rejon Genewy, a we Włoszech – Kalabrię. W połowie stycznia 1963 r. zima ogarnęła też Polskę. Wiele wiosek zostało praktycznie odciętych od świata. Najpewniejszym środkiem umożliwiającym dojechanie do najbliższego miasta były furmanki. Pługi śnieżne i spychacze nie dawały sobie z usuwaniem śniegu. Śnieżyce sparaliżowały też komunikację kolejową. Do odśnieżania torów i rozjazdów kierowano codziennie tysiące osób, ale pociągi pasażerskie i tak odjeżdżały z dużymi opóźnieniami. Składy towarowe, przede wszystkim z węglem, miały pierwszeństwo. Jednak i one kursowały rzadko, bo po każdej mroźnej nocy kolejarze odkrywali nowe przypadki pęknięcia szyn.

PAP, a za nią wszystkie dzienniki pisały, że trwa bitwa o tory. Militarny język był w tym wypadku uzasadniony, bo kolejarzom w usuwaniu zasp i odkopywaniu pociągów pomagali żołnierze. Wojsko zostało zaangażowane również do odśnieżania miast. W Katowicach na ul. Mikołowskiej użyto nawet czołgów, bo tylko one dawały sobie radę ze zbrylonym śniegiem. „Pod ich ciężarem niespotykanej wielkości koleiny pryskały, jak bańki mydlane” – opisywała efekt działań czołgów „Trybuna Robotnicza”. W innych artykułach wzywała zaś do wyłączania „zbędnych” urządzeń elektrycznych. „Oszczędność energii elektrycznej powinna obowiązywać nie tylko w mieszkaniu lub w biurze, lecz również na ulicy, Wydaje się, iż byłoby rzeczą słuszną, by w okresie trudności zrezygnować na pewien czas z zapalania prądożerczych neonów i wygaszać niektóre wystawy – apelowała.

18 stycznia 1963 z własnym apelem o pomoc do górników zwrócił się premier Józef Cyrankiewicz. „Niezwykle ostra i uciążliwa zima spowodowała szereg trudności w gospodarce i życiu codziennym społeczeństwa. W całym kraju odczuwa się dotkliwy brak węgla. (…) Zwiększone zapotrzebowanie węgla w gospodarstwach domowych, szpitalach, szkołach, przemyśle i komunikacji, spowodowany obecną ostrą zimą, musimy bezwzględnie zaspokoić, jeśli nie chcemy dalszego pogorszenia sytuacji, co odbiłoby się boleśnie na całokształcie naszego życia – podkreślał szef rządu. W następnych akapitach odwołał się do patriotyzmu i na koniec wreszcie poprosił o dodatkową pracę przez dwa miesiące w niedziele. Ponieważ soboty były w tamtym czasie zwykłymi dniami roboczymi sens apelu Cyrankiewicza sprowadzał się do tego, by górnicy pracowali na okrągło.

Na odpowiedź nie musiał długo czekać: już 19 grudnia zebrał się Zarząd Związku Zawodowego Górników (jedynego, jaki w tamtym czasie działał w górnictwie) i powiadomił, że aktyw samorządów robotniczych zapewnił „o pełnej gotowość górników do realizacji zwiększonych zadań”.

„Zima stulecia” w 1963 r. dawała się we znaki do końca lutego. Swego rodzaju podsumowanie kataklizmu sporządziła „Trybuna Robotnicza” – chwaląc tych, którzy okazali w trudnych chwilach „ludzkie odruchy”. Za przykład podano zdarzenie na osiedlu Koszutka w centrum Katowic. „Pewnego ranka przed jednym z przedszkoli płacz, rozpacz i rwetes: nie zjawił się palacz, mający przy sobie klucze od wejścia. Część dzieci przyszła z rodzicami i te wróciły do domu, ale co robić z maluchami, które przybyły do przedszkola same, bo matki pracują? Do tragedii nie doszło — niepracujące kobiety z pobliskich bloków zabrały zmarznięte dzieciaki do siebie, napoiły gorącą herbatą” – relacjonowała gazeta. Nie podała jednak, czy wobec palacza wyciągnięto jakieś konsekwencje.

Odrobina krytyki, co było raczej rzadkie w PRL-u, spotkała za to organizacje społeczne, bo – według komentatora „Trybuny” wykazały one za mało inicjatywy.

„Ośmielimy się wysunąć pogląd, iż efekt byłby szybszy, pełniejszy, a szkody gospodarcze mniejsze, gdyby mobilizacja do walki ze śniegiem nastąpiła odrobinę prędzej. Te uwagi dedykujemy w szczególności masowym organizacjom społecznym takim jak: ZMS (Związek Młodzieży Socjalistycznej – PAP), harcerstwo, LOK (Liga Obrony Kraju) czy komitety blokowe. Do nich bowiem w znacznej mierze powinno należeć szybkie, oddolne organizowanie inicjatywy obywatelskiej przy odśnieżaniu i zabezpieczaniu żywotnych obiektów. Najlepszy silnik zbudowany z najszlachetniejszego nawet materiału, wymaga jednak sprawnego rozrusznika. Jeśli będziemy o tym na przyszłość pamiętać, możemy zbytnio nie obawiać się kaprysów zimowej aury. Ludzi mamy dobrych — nie zawiodą” – brzmiała puenta organu wojewódzkiego PZPR.

Ostatnia „zima stulecia” w czasach PRL przydarzyła się na początku 1987 r. Styczeń był najchłodniejszym od początku XX wieku, a Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej podał, że temperatury minimalne dochodziły do minus 35 stopni. Rekord odnotowano w Białymstoku (przy gruncie było nawet minus 40 stopni), a w Terespolu i Kielcach o zaledwie jeden stopień było cieplej. W Warszawie mróz doszedł do 28,5 st., a kłopoty spotęgowały opady śniegu. (PAP)

Komentarze