Uczłowieczmy na nowo zakupy – dzięki rowerowi
Polacy nienawidzą hipermarketów. Bo należą do zagranicznych kapitalistów i wyprowadzają pieniądze za granicę, bo zatrudniają na umowy śmieciowe, bo zajmują cenne działki w centrach miast, bo sprzedają pomidory z Hiszpanii, itd., itp. – pisze Maciej Ochałek na I bike Kraków
Nienawidzimy hipermarketów…i ciągle w nich kupujemy. Weekendowe zakupy stały się dla wielu tym, czym dawniej był rodzinny spacer, czy wyjazd za miasto. Nic dziwnego, robiąc zakupy na cały tydzień możemy sporo zaoszczędzić, w dodatku w jednym miejscu znajdziemy wszystko, co przeciętnemu Kowalskiemu do życia potrzebne. Resztę nabędziemy w przyhipermarketowych galeriach.
Tak się składa, że mieszkałem niedaleko jednego z pierwszych, jeśli nie pierwszego krakowskiego hipermarketu. Wielokrotnie jadąc autobusem pospiesznym „B”słyszałem pytanie rzucone przez otwarte przednie drzwi: „jedzie pan do żantu?”Na przystanku przy Bora-Komorowskiego autobus wypełniał się rodzinami objuczonymi wypełnionymi reklamówkami, a często również wielkogabarytowymi zakupami z pobliskiego marketu budowlanego, również pierwszego w Krakowie. Było to w połowie lat ’90.
Po niemal 20 latach Kraków się znacznie zmienił. Hipermarketem poszczycić może się już chyba każda dzielnica. Wygodny dojazd do wielopoziomowych parkingów nowych centrów handlowych zapewniają specjalnie do tego budowane estakady, rampy i tunele. Niegdyś piękne darmowe autobusy dowożące klientów pod same drzwi marketów albo trafiły w ręce tanich przewoźników, bądź zostały zlikwidowane. A Kowalscy z pełnymi siatami nie ładują się już do nie mniej wypchanej komunikacji miejskiej –wsiadają do własnego, specjalnie na tę okazję wypucowanego, samochodu.
Nie ukrywam, że jestem jednym z tych Kowalskich. Może nie myję auta specjalnie na zakupy, może nie traktuję wizyty w markecie jak kulminacji weekendu, jednak wciąż chodzę do marketu po zgrzewkę wody, sześciopak piwa, hurtowe ilości proszku do prania itd. Ułatwia mi to fakt, że pracuję niemal w centrum handlowym, więc zakupy tuż po pracy są czymś logicznym. Ale tu pojawił się problem. Problem skłonił mnie do rozważań, które właśnie czytasz i okazało się, że problem jest zupełnie pozorny.
Chodzi o to, że przez większość czasu do pracy nie jeżdżę samochodem, lecz rowerem. W dodatku jedyna rzecz przy moim rowerze, która nadaje się do przewożenia czegoś to torba-mapnik na kierownicę. Torba zmieści cztery browary, ale zgrzewki wody już nie. W pewnym momencie coraz częściej zacząłem robić zakupy koło domu. Nie mając na rowerze koszyka, czy kufra mogę przecież przejechać kilkaset metrów z torbą zakupów w ręku, nie utopię się we własnym pocie jeśli przewiozę coś w plecaku, albo mogę rower zostawić w domu i do sklepu pójść na nogach. Poważnie myślę o kupnie roweru miejskiego, z możliwością komfortowej jazdy z większą ilością towarów.
Kupując w okolicznych sklepach odkrywam ich zalety: Wędliny są lepszej jakości, warzywa są świeższe i statystycznie bardziej polskie. Nie przeklinam klientów, którzy do kasy przede mną wzięli towar bez kodu, ba, zdarza mi się nawet spotkać sąsiada, zażartować z panią z budki z warzywami lub prosić o rekomendację najlepszej kiełbasy nie ryzykując mroźnego spojrzenia zza lady i warkotu klientów w kolejce za mną.
Jest drożej –powiecie. Owszem, jednak rezygnując z samochodu oszczędzam na paliwie tyle, że pokrywa to z nawiązką tę różnicę. Nie stojąc w korkach zyskuję czas, by obejść kilka sklepów i spokojnie wybrać to, czego potrzebuję. I nawet jeśli w drodze powrotnej przypomnę sobie, że o czymś zapomniałem, by kupić tę rzecz nie muszę przemierzać hektarów półek i kilometrowych kolejek do kas.
Jako naród ciągle narzekający i cierpiący narzekamy i ubolewamy nad upadkiem osiedlowych sklepów i drobnych lokalnych punktów usługowych. Często jednak nie zdajemy sobie sprawy, że wysyp wielkich centrów handlowych nie tylko zmienił nasze zwyczaje zakupowe, ale również sposób planowania czasu i zwyczaje komunikacyjne, stworzył popyt na wielkie podporządkowane samochodom inwestycje drogowe w centrach miast, jeszcze bardziej odczłowieczając miejską przestrzeń. Przesiadając się na rower w drodze do szkoły, pracy, czy na zakupy, choćby w drodze powrotnej, nie tylko oszczędzamy czas, pieniądze i nerwy, ale również wspieramy lokalny, rodzimy biznes, a nawet być może natkniemy się na jakąś sympatyczną osobę, z którą w innej sytuacji nie mielibyśmy szansy na kontakt.
Dla indywidualnych czytelników za 15 zł rocznie, a dla firm od 99 zł rocznie! Sprawdź naszą ofertę:
-
Subskrypcja na 12 m-cy
1 adres e-mail – prywatny15.00 zł przez 1 rok -
Subskrypcja biznes na 12 m-cy
1 adres e-mail – firmowy99.00 zł przez 1 rok -
Subskrypcja biznes na 12 m-cy
do 5 firmowych adresów e-mail495.00 zł przez 1 rok -
Subskrypcja biznes na 12 m-cy
do 10 adresów e-mail990.00 zł przez 1 rok -
Subskrypcja biznes na 12 m-cy
bez żadnych limitów!1,990.00 zł przez 1 rok
Komentarze